Materiał powstał we współpracy z Siemens Polska

Nasza firma została zaprojektowana, wybudowana oraz zamaszynowiona w drugiej połowie lat 70. – opowiada Mirosław Koszkuć, dyrektor produkcji w zakładach największego w Polsce wytwórcy dywanów – firmy Brintons Agnella. – Wykonano ją według ówcześnie obowiązujących standardów oraz dostępnych technologii. Dopiero w dobie powszechnej globalizacji oraz dużej konkurencji na rynku stanęliśmy przed wyzwaniem poprawy naszych kosztów, a w związku z tym konkurencyjności naszej produkcji. Dodatkowo, rosnąca świadomość ekologiczna – nasza, naszych klientów oraz konsumentów – skłoniła do szukania innych rozwiązań – dodaje.

W tamtym momencie, u schyłku poprzedniej dekady, mogłoby się wydawać, że Brintons Agnella wyjątkowo starać się nie musi: przez ponad cztery dekady działania firma miała obszerne grono klientów. Jej dywany ubarwiają wnętrza warszawskiego Pałacu Prezydenckiego czy Pałacu Gościnnego w Arabii Saudyjskiej, trafiły do luksusowych hoteli i rezydencji. Nie trzeba ich nikomu rekomendować.

A jednak szefowie firmy myślą z wyprzedzeniem: już w 2018 r. postanowili sprawdzić, jakie są możliwości zwiększenia efektywności energetycznej w ich fabryce. Rok później podpisali z firmą Siemens umowę usługową, w której partner zagwarantował – poprzez modyfikacje i usprawnienia stosowanych w fabryce systemów i urządzeń – uzyskanie oszczędności rzędu 2 mln zł rocznie. – W ramach współpracy zmodernizowaliśmy system oświetlenia, wentylacji, nawilżania, rozdziału średniego napięcia oraz wdrożyliśmy system zarządzania energią w zakładzie – wspominał Dariusz Sokulski, dyrektor Działu Efektywności Energetycznej Siemens Polska.

– W ramach umowy zagwarantowaliśmy uzyskanie oszczędności w zakładzie Agnella o wartości przekraczającej 12 mln zł w ciągu sześciu lat trwania kontraktu. Jednak ze względu na zachodzące zmiany regulacyjne już dzisiaj wiemy, że rzeczywiste oszczędności będą jeszcze większe. Naszą przewagą jest całościowe podejście do gospodarki energetycznej przedsiębiorstwa. Ponieważ najczystszą, najbardziej zieloną i najtańszą energią jest ta, której nie zużyjemy. Nasze działania zawsze zaczynamy od zbadania możliwości zmniejszenia zapotrzebowania na energię w zakładzie, efektywniejsze jej wykorzystanie. Dopiero w kolejnym kroku sprawdzamy możliwości lokalnego wytwarzania energii – podkreśla ekspert Siemensa.

Zużycie energii w przeciętnej firmie można obniżyć od kilkunastu do kilkudziesięciu procent

Zużycie energii w przeciętnej firmie można obniżyć od kilkunastu do kilkudziesięciu procent

Shutterstock

Tropem węglowego śladu

Przyjęty siedem lat temu w Paryżu cel dla światowej społeczności sprowadza się do jednego zadania – prostego w formie, arcytrudnego w treści: utrzymania na wodzy wzrostu globalnych temperatur i zahamowania go do poziomu poniżej 1,5 stopnia Celsjusza. Kluczową metodą osiągnięcia tego celu jest „wyzerowanie” emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych już w połowie tego stulecia. Wbrew pozorom nie jest to odległy termin, tym bardziej że kolejne wydarzenia – odbicie światowej gospodarki po pandemii Covid-19, które niemal natychmiast przerodziło się w kryzys energetyczny wywołany agresją Rosji na Ukrainę i sankcjami nałożonymi na rosyjskie surowce – zdają się hamować korzystne dla planety działania, popychając nawet najambitniejsze kraje ku kopalinom.

Jak szacuje agencja McKinsey w swojej sierpniowej publikacji: „już 136 krajów, odpowiedzialnych za 83 proc. globalnych emisji, złożyło obietnice osiągnięcia w wymaganym terminie zerowej emisji CO2”. Cytowany przez ekspertów agencji „Emissions gap report”, przygotowywany przez program rozwojowy ONZ (UNEP), wytyka, że kraje sygnatariusze nie wywiązują się zbytnio z poczynionych obietnic: gdybyśmy poprzestali na tym, co zrobiono do tej pory, globalny wzrost temperatury wyniósłby 2,7 stopni Celsjusza.

Z drugiej jednak strony mało kto na świecie postuluje dziś odwrót od działań proklimatycznych. I wszyscy zdają sobie sprawę, że obecna gonitwa za zapewnieniem sobie alternatywy wobec rosyjskich kopalin jest działaniem krótkoterminowym, mającym zapobiec bieżącemu deficytowi energii. Z prostej przyczyny: korzystanie z kopalin wprost przekłada się dziś na wysokie ceny energii. – Dekarbonizacja jest trendem, który nie zostanie zatrzymany przez wydarzenia zapoczątkowane jeszcze na jesieni. Ten proces może zostać co najwyżej delikatnie zakłócony – podkreśla w rozmowie z „Rz” Dariusz Sokulski z Siemensa. – Bardzo wyraźnie widać to wśród firm międzynarodowych: one wciąż wdrażają projekty, związane ze zrównoważonym rozwojem, zmniejszaniem swojego śladu węglowego, ogłoszone w okresie poprzedzającym kryzys energetyczny. Choć w Polsce obecne zawirowania nierzadko „zamroziły” decyzyjność w firmach, to są także przykłady, gdzie zadziałały one jako czynnik motywujący do działania – uzupełnia.

I trudno się dziwić, bowiem szalejące ceny surowców i produkowanej z nich energii sprawiły, że inwestycje w efektywność energetyczną oraz redukowanie śladu węglowego stały się opłacalne jak nigdy wcześniej. Każde przedsiębiorstwo ma swoje wewnętrzne wytyczne co do tego, jak szybko ma się zwrócić dana inwestycja. Przyjmując teoretycznie, że przeciętny menedżer oczekuje zwrotu z inwestycji w czasie pięciu lat, widzimy, jak potencjalne projekty inwestycyjne w efektywność energetyczną, których zwrot z inwestycji szacowano wcześniej na np. pięć–siedem lat, po „przełożeniu” na obecne realia rynkowe raptownie zmieniły ten parametr. Dziś okres zwrotu z inwestycji wynosi w nich trzy–cztery lata, co zachęca do ich wdrożenia.

Jeżeli niższe rachunki są marchewką, to coraz większa wrażliwość konsumentów na świecie jest kijem. Przykładów nie brakuje, ledwie kilka dni temu walcząca o prawa zwierząt organizacja Viva! ogłosiła petycję do rządu w Londynie, by w menu lokali gastronomicznych na Wyspach zastąpiono wyliczenia kalorii zawartych w danej potrawie wyliczeniami jej śladu węglowego – innymi słowy, by priorytetyzować walkę z globalnym ociepleniem ponad walkę z otyłością. Sukces czy porażka tej – czy innych podobnych – inicjatywy nie ma tu wielkiego znaczenia: demonstruje ona rosnącą siłę konsumentów wrażliwych na sytuację całej planety i potrafiących wyobrazić sobie łańcuch przyczynowo-skutkowy zachodzących na niej zmian klimatycznych.

Łatwo sobie wyobrazić, że wraz z tą wrażliwością – owszem, największą na Zachodzie – firmy z rozmaitych branż zaczną konkurować, a niekiedy już konkurują, nie tylko ceną czy jakością, ale też śladem węglowym oferowanych produktów czy usług. – A my w Polsce mamy bardzo wysoki wskaźnik śladu węglowego w PKB, w Europie jesteśmy pod tym względem na drugim miejscu po Estonii – wskazuje Dariusz Sokulski. – Znacznie wyższy niż firmy niemieckie czy francuskie, będące wielokrotnie odbiorcami naszych usług i produktów. Innym słowem: zawyżamy ich ślad węglowy i może dojść do sytuacji, kiedy podobna pod względem jakości i ceny oferta z Polski będzie przegrywać z konkurencyjną ofertą, bo ślad węglowy polskiej będzie wyższy niż u konkurenta – tłumaczy ekspert.

Dekarbonizacja po polsku

To oznacza radykalne zmiany na mapie konkurencyjności. Nie jest tajemnicą, że atutem polskich przedsiębiorstw były niskie koszty pracy czy procesu produkcyjnego. Każdą inwestycję rozważano przede wszystkim pod kątem jej finansowego przełożenia na te elementy. Badania opinii w środowiskach przedsiębiorców nad Wisłą, np. jesienne badanie Keralla dla Duon, pokazują, że świadomość nadchodzących zmian rośnie: 48,7 ankietowanych wie, że proces dekarbonizacji będzie oznaczać radykalne zmiany modelu biznesowego. Jednocześnie realne działania nie nadążają za tą świadomością: co trzeci menedżer deklaruje, że „zapoznaje się z przepisami”, drugie tyle jest „na etapie planowania i zbierania danych” albo uważa, że ich firmy są „w trakcie zmian”.

Ale to wciąż stan odległy od tego, co dzieje się w firmach zachodnich, gdzie każda inwestycja czy zmiana jest ewaluowana – poza oszczędnościami operacyjnymi, zmniejszaniem zużycia surowców czy energii, kosztami obsługi czy pracy – również pod kątem wpływu na pozostawiany przez firmę ślad węglowy. Ta wewnętrzna emisja przedsiębiorstwa jest przeliczana na konkretne kwoty (a jeżeli w życie zacząłby wchodzić w Europie podatek węglowy, te przeliczenia przyobleką się we w pełni realną postać).

Warto też wspomnieć, że inwestycje w efektywność energetyczną – czy szerzej: dekarbonizację – mają dwojaki charakter: pierwsze zmiany w firmie to zwykle inwestycje w horyzoncie kilkuletnim, z bardzo namacalnymi rezultatami, dostrzegalnymi „gołym okiem”. Ale gdy już te najprostsze posunięcia zostaną wykonane, zaczyna się perspektywa dłuższa – często na dekadę lub więcej – gdzie skutki dokonywanych inwestycji nie są już tak namacalne.

Na Zachodzie są to rozwiązania tym bardziej popularne, że – w formule umów EPC (Energy Performance Contracting) zawieranych z firmami ESCO (Energy Saving Company) – całe ryzyko finansowe przyjmują na siebie kontrahenci z firm ESCO. – Formy ESCO, modele, przygotowujący analizę eksperci, koncepcje wdrożenia usprawnień, ich wdrożenie, gwarancję efektów biorą na siebie firmy ESCO. Gdy klient mówi: szukamy oszczędności, to ich szukamy. Gdy powie: chcę zmniejszyć ślad węglowy, to pracujemy nad tym zadaniem. A wielokrotnie to podobny kierunek – podkreśla Dariusz Sokulski.

Potrwa, kosztuje. Ale się opłaca

W Polsce – jak już wspomniano – pod tym względem jest jeszcze wiele do zrobienia. Kilka lat temu, gdy podobna formuła modernizacji przedsiębiorstw dopiero chwytała przyczółki na światowych rynkach, można było wskazywać branże, w których zmiany są najpilniejsze. Dziś już nie sposób pominąć którejkolwiek z branż, od spożywczej, przez motoryzację, po przemysł ciężki, któremu zresztą najtrudniej będzie „zazielenić” produkcję.

– Podstawowym krokiem jest uświadomienie sobie, może czasem uwierzenie, że takie projekty da się przeprowadzić w każdej firmie. Bez wiedzy, poświęcania czasu i środków finansowych, bo to wszystko wnosi firma ESCO. Siemens może taki projekt poprowadzić zarówno z kapitału własnego klienta, ale eksperci od efektywności energetycznej posiadają też niemałą wiedzę o tym, jak potrzebny kapitał zorganizować – mówi ekspert. – A przecież mówimy o projektach, które w pewnym sensie same się spłacają. Klienci, którzy decydowali się na taką rewolucję w swojej firmie, dziś odzyskują zainwestowane środki w jeszcze szybszym tempie, niż zakładali – dorzuca.

Oczywiście, specjaliści z zakresu efektywności energetycznej nierzadko spotykają się z postawą, którą można określić jako „zrobiliśmy już wszystko, co możliwe”. Czasem ma to nawet uzasadnienie, bowiem wielu przedsiębiorców – w oparciu o zatrudnianych przez siebie profesjonalistów, jak i korzystając z zewnętrznego know-how – wdraża w swoich firmach optymalizację rozmaitego typu. Ale też nie ma praktycznie firmy, która w zderzeniu z wiedzą ekspertów z firm ESCO nie znalazłaby u siebie jeszcze kilku- lub kilkunastoprocentowych oszczędności do wypracowania.

Wyścig po te oszczędności nie należy do krótkodystansowych. – Każda rozmowa z klientem zaczyna się od tego, ile ten projekt potrwa – przyznaje Dariusz Sokulski. – I trzeba sobie jasno odpowiedzieć: potrwa. Wstępna analiza to kilka miesięcy, analiza szczegółowa – kolejnych kilka. W rok możemy zamknąć przygotowanie do wdrożenia projektu, choć wielokrotnie zależy to od tego, jak poważnie do sprawy podchodzi sam klient: czy poszczególne fazy nie są przedzielone wielotygodniowym czy wielomiesięcznym oczekiwaniem na kolejne decyzje, czy podobna dbałość o oszczędności w firmie jest zapisana w jego strategii. Dobrze, gdy w zarządzie firmy któryś z członków jest oddelegowany do zarządzania zrównoważonym rozwojem, efektywnością energetyczną, dekarbonizacją, oszczędnościami – wylicza.

Analityka danych dla produkcji dywanów

Do korzyści płynących z takiej technologicznej analizy przedsiębiorstwa czy należących do niego obiektów należy też olbrzymia wiedza, jaką właściciel może uzyskać na temat swojego przedsiębiorstwa. Raz, że eksperci firm ESCO zbierają i analizują ogromne ilości danych o firmie i jej obiektach. Ale dwa, że wielokrotnie są w stanie wskazać pewne elementy całego organizmu, jaki tworzy firma i jej obiekty, które – owszem – mają innowacyjny charakter, ale został on zatracony w codziennej rutynie. Tu dobitnym przykładem mogą być choćby systemy zarządzania budynkami (BMS, building management system), które w momencie oddawania budynku zostają uruchomione, ale potem nawet na lata pozostawione same sobie, bez korygowania. – Instalacja działa, ale mało kto wykorzystuje BMS do rzeczywistego zarządzania obiektem i zmniejszania kosztów operacyjnych. A przecież większość kosztów cyklu życia obiektu to nie wybudowanie go, lecz późniejsza eksploatacja – wskazuje nasz rozmówca.

Tymczasem już w ramach prostych usprawnień, zmian ustawienia różnego typu algorytmów, zmiany rozmieszczenia czujników lub zwiększenia ich ilości można wygenerować pierwsze oszczędności. – Są na polskim rynku obiekty, w których efekt energetyczny z takiej zielonej migracji, modernizacji systemu automatyki budynkowej, był na tyle duży, że wygenerował białe certyfikaty (certyfikaty efektywności energetycznej wydawane przez Urząd Regulacji Energetyki). Bywa, że przychód ze sprzedaży tych certyfikatów na Towarowej Giełdzie Energii pokrywa koszty takiej modernizacji, a nawet daje firmie dodatkowy przychód – mówi Dariusz Sokulski.

Wracając tu do konkretnego przykładu: we wspomnianej na wstępie fabryce dywanów powstał rozbudowany system zarządzania energią, który pozwala w pełni kontrolować zużycie wody, pary, gorącej wody i prądu w obiekcie. Zbierane z liczników dane pozwalają monitorować konkretne urządzenia, analizować ich działanie, eliminować usterki i nieprawidłowości. Navigator, chmurowa platforma analityczna Siemensa, integruje dane o wykorzystaniu energii w różnych obszarach fabryki z danymi nieenergetycznymi, pozwalając na długoterminowe analizy kosztów firmowej infrastruktury.

W polskim przemyśle mogłyby też być implementowane rozwiązania związane z wytwarzaniem i magazynowaniem ciepła, a także przetwarzaniem go na chłód – bo i takie możliwości przecież istnieją, a w określonych okolicznościach może to być oszczędna alternatywa dla budynkowych czy przemysłowych instalacji chłodniczych. Podobnie olbrzymie efekty w sprzyjających warunkach może przynosić zastosowanie pomp ciepła.

Nie możemy pozwolić sobie na dziurawe wiadra

Tak, cechą charakterystyczną tego rynku jest to, że ani nie sposób wskazać branż, które w większej mierze potrzebują modernizacji – bo potrzebują jej wszystkie sektory gospodarki – ani też nie sposób typować, które obiekty bardziej lub mniej kwalifikują się do modyfikacji: nie ma dwóch takich samych fabryk, nawet jeżeli to bliźniacze obiekty, budowane w tym samym czasie. Każdy z nich ma swoje specyficzne otoczenie, z czasem przechodził odmienne modernizacje, administratorzy obiektów inaczej nimi gospodarowali.

Podobnie zresztą szeroki jest wachlarz rozwiązań technologicznych, jakie można zastosować w ramach projektu EPC. W przypadku Siemensa ta paleta jest tym większa, że chodzi o globalną firmę specjalizującą się w wyrafinowanych i nowoczesnych technologiach na potrzeby przemysłu czy szerzej – biznesu. Na wyciągnięcie ręki są zatem: silniki na niskie czy średnie napięcie, automatyka budynkowa i przemysłowa, usługi związane z cyfrowym bliźniakiem, jak i szeroko pojęta digitalizacja, bo świat cyfrowy ma wiele do powiedzenia w zakresie zużywania zasobów.

– Z czysto ludzkiego punktu widzenia świat ma dziś motywację do zdwojenia wysiłków: jasno widać, że planeta i nasze dzieci nie mają już tyle czasu co my. Mało kto dziś zaprzeczy, że zmiany klimatu zachodzą, a nicnierobienie będzie nas kosztować więcej niż największe nawet inwestycje. I jeżeli mamy coś robić, to najlepiej środki i naszą uwagę zainwestować w efektywność energetyczną. Nawet jeżeli uda nam się któregoś dnia zastąpić energetykę opartą na kopalinach odnawialnymi źródłami energii – a wciąż będziemy marnować wyprodukowaną energię – to będziemy w sytuacji osoby, która niesie krystalicznie czystą wodę w dziurawym wiadrze. A my tym bardziej nie możemy dziś pozwolić sobie na marnotrawstwo – podsumowuje dobitnie nasz rozmówca.

Materiał powstał we współpracy z Siemens Polska