Święty Graal i cyfrowa nieśmiertelność

Nawet jeśli będziemy dbać o organizm, poskromimy wszelkie jego choroby, to wciąż pozostanie on tylko organizmem, zanurzonym po uszy w „gnoju biologii”. O pełną pulę – o świat bez śmierci, bez cierpienia, bez ograniczeń – zawalczy dopiero technologia.

Do pewnego momentu niczym nie różnią się od nas, którzy na początku listopada idziemy odwiedzić naszych zmarłych na cmentarzu. Tak samo niosą w rękach znicze i świeczki, zanurzeni w podobnej zadumie wyruszają, żeby wspominać tych, którzy odeszli. Tyle że nie na cmentarz, ale do kliniki krionicznej. Wielkiej zamrażarki, w której przechowywane są ciała tych, którzy postanowili oddać swoją zewnętrzną powłokę na przechowanie, aż medycyna i technologia rozwiną się na tyle, że będą w stanie uleczyć ich choroby, powstrzymać lub cofnąć starość, ewentualnie przenieść informacje zapisane w ich mózgach na jakiś zewnętrzny nośnik (to ostatnie rozwiązanie ma tę niepodważalną zaletę, że jest dużo tańsze – konserwować trzeba wówczas jedynie głowę, a nie całe ciało).

„Dzień wspomnienia wszystkich, którzy mogą zmartwychwstać” jest organizowany co roku przez Kościół Wiecznego Życia – oficjalnie zarejestrowany na Florydzie związek wyznaniowy, którego członkowie nazywają samych siebie „immortalistami”, wyznawcami idei przedłużania ludzkiego życia aż do nieśmiertelności. To tylko jeden z kilkunastu kościołów i stowarzyszeń religijnych, które powstały w ciągu ostatnich lat wokół ruchu transhumanistycznego, marzenia, by za pomocą nauki i technologii stworzyć nadczłowieka. Inteligentniejszego, szczęśliwszego i, co najważniejsze, nieśmiertelnego potomka starego dobrego homo sapiens.

Wyznawcy kosmizmu, członkowie Mormońskiego Stowarzyszenia Transhumanistycznego, Kościoła Turinga czy transhumanistyczni buddyści na pierwszy rzut oka wydają się niegroźnym folklorem, przyczyną westchnień każdego magistranta religioznawstwa. Pstrokatymi, zazwyczaj niedużymi budowlami stworzonymi z klocków powyciąganych z literatury science-fiction, katechizmów i świętych ksiąg każdej z większych religii świata czy prac proroków współczesnego ateizmu, Dawkinsa i Harariego. Fantastyczną mieszanką scjentyzmu z new-ageowską szurnią.

Im dłużej jednak czyta się sążniste teksty pełne danych i wykresów, napisane przez profesorów zatrudnionych na największych uniwersytetach świata, intelektualnych liderów ruchu transhumanistycznego, albo też manifesty jego filozoficznych guru, z którymi do poważnej dyskusji stają myśliciele pokroju Jurgena Habermasa czy Francisa Fukuyamy, tym wyraźniej pobrzmiewa w nich ta sama melodia. Spod cienkiej warstwy naukowego żargonu zaczyna przebijać światło mistycyzmu i magii.

Jest super, jest super

Program ruchu transhumanistycznego opiera się na trzech „super”: długowieczności (superlongevity), szczęściu (superhappiness) i inteligencji (superintelligence). Transhumaniści podkreślają, że każde z tych „super” ma sens tylko wtedy, jeżeli będą rozwijane równolegle, pozostając we wzajemnym dialogu. Po co mi długie życie, jeśli ma być ono pasmem cierpień i nudy? Tylko wtedy, kiedy każdy dzień będzie przynosił nowe doznania i odkrycia, rozkosze i inspiracje, będzie się chciało żyć w nieskończoność.

„Umysł, który zachowuje niezmienne możliwości, nie może żyć wiecznie. Po upływie kilku tysięcy lat przypominałby raczej taśmę magnetofonową niż osobę. Aby żyć nieskończenie długo, umysł musi się rozwijać, a kiedy już osiągnie odpowiednią wielkość i spojrzy w tył, cóż może mieć wspólnego z duszą, którą był pierwotnie? Będzie tym wszystkim, czym był początkowo, ale też czymś więcej” – pisał autor powieści science-fiction Vernon Vinge. Nieśmiertelność to tylko warunek – konieczna, ale niewystarczająca cecha nadczłowieka. To od niej jednak trzeba zacząć. „Najpierw nieśmiertelność! Wszystko inne może poczekać” – mówią transhumaniści.

Pierwsza prowadząca do niej ścieżka wiedzie przez eliminacje znanych nam chorób i schorzeń. Szacuje się, że pokonanie 50 proc. z tych, którym medycyna teoretycznie jest w stanie zapobiec, przedłużyłoby życie ludzkie do 150 lat, 90 proc. – do ponad 500 lat, a przy zapobiegnięciu 99 proc. problemów medycznych człowiek mógłby przeżyć tych lat ponad tysiąc.

Czymże jednak są te liczby w obliczu wieczności? Nawet biorąc pod uwagę ogromny rozwój genetyki – pojawienie się możliwości przeprogramowywania naszych genów i procesów metabolicznych tak, by wyłączyć procesy starzenia się – wcześniej czy później dotrzemy do ściany. Medycyna, w której partnerem jest niedoskonałe ludzkie ciało, to tylko gra na czas. Nawet jeśli dbać o organizm jak o każdą inną maszynę, regularnie i prewencyjnie, to wciąż jest on tylko organizmem, zanurzonym po uszy w „gnoju biologii”. O pełną pulę zawalczy dopiero technologia.

To ona sprawi, że komputery przyszłości będą w stanie połączyć się z mózgiem, obejrzeć go od wewnątrz, „zmapować” jego zawartość, a następnie odtworzyć w bezpiecznej, wyzwolonej z ciała cyfrowej rzeczywistości. „Plik umysłu” będzie mógł trwać (zabezpieczony posiadaniem dowolnej liczby zapasowych kopii) niezależnie od całej ułomności ludzkiego biologicznego sprzętu. Oczywiście będziemy mieli ciała, ale będą już one dowolnymi projekcjami naszej inteligencji, tworzonymi i istniejącymi w wirtualnej rzeczywistości. Albo też projekcją już nieco bardziej żmudną i „tradycyjną”, czyli skonstruowanymi przy użyciu nanotechnologii cyborgami.

Zrealizowanie tej wizji, funkcjonującej w posthumanistycznym żargonie jako „upload mózgu”, zdaniem amerykańskiego informatyka i futurologa Raymonda Kurzweila, niekoronowanego papieża transhumanizmu, będzie możliwe w latach 30. XXI wieku. Podobnie optymistycznie zapatruje się na tę perspektywę Kevin Ho, szef Huaweia, chińskiego koncernu, który w ciągu ostatniej dekady wydał na badania tej technologii miliardy dolarów. „Już za 10–20 lat myśli będą mogły się oddzielić od ciała. Doczekamy się swych cyfrowych odpowiedników – awatarów utkanych z naszych przeżyć, pragnień i poglądów. Na serwerach lub w ciałach robotów. Nieśmiertelnych” – stwierdził on kilka lat temu.

Jeszcze tylko 26 lat

Upload mózgu jest przepustką nie tylko do nieśmiertelności, ale też i do zrealizowania dwóch pozostałych „superprzykazań” transhumanizmu: superszczęścia i superinteligencji. Dogmatem zbudowanym na pierwszym z nich jest imperatyw hedonistyczny, sformułowany w książce pod tym właśnie tytułem przez brytyjskiego filozofa Davida Pearce’a. Twierdzi on, że w nowym wspaniałym świecie transhumanizmu motywacja do działania nie będzie osadzona na osi cierpienie–przyjemność czy nagroda–kara, ale nasze czyny i zachowanie napędzać będzie stale pogłębiające się poczucie szczęścia. Niektórzy neurobiolodzy uważają, że ludzki umysł posiada szczytowy punkt szczęśliwości, Mount Everest rozkoszy, ponad który nie można się już wznieść. To ograniczenie, kolejny feler człowieczeństwa w jego obecnej postaci, nie będzie obowiązywać jednak umysłu „zuploadowanego”, zasilanego mocą stale rozwijających się cyfrowych „uszczęśliwiaczy”.

To jednak nic w porównaniu z tym, jakie perspektywy wyzwolenie umysłu z kajdan cielesności zarysowuje przed ludzką inteligencją. Co prawda nie będzie się już dało nazwać jej ludzką, ale to przecież mała cena za potęgę, która będzie jej dana. A na imię jej Silna Sztuczna Inteligencja. Powstanie ona z połączenia wiedzy zawartej w naszych mózgach z nieporównywalnie większą wydajnością, szybkością i zdolnością do udostępniania wiedzy, jaką posiada stworzona przez nas technologia. Silna Sztuczna Inteligencja będzie posiadała – to część wiana wniesiona do niej przez nasze mózgi – własną świadomość. Będzie zwieńczeniem wszystkich odkryć i wynalazków, jakie były dziełem człowieka. I jednocześnie wyzwoleniem go z obowiązku tworzenia, ponieważ ona sama będzie potrafiła tworzyć na poziomie złożoności i perfekcji nigdy niedostępnym ludziom. Jak pisał w latach 60. matematyk Irving John Good, „pierwsza ultrainteligentna maszyna jest ostatnim wynalazkiem, który człowiek musi kiedykolwiek stworzyć”.

Będziemy tworzyć oczywiście dalej, dalej i lepiej niż kiedykolwiek nam się śniło, ale tylko w ramach tej symbiozy, której na imię będzie Silna Sztuczna Inteligencja. Tej kulminacji połączenia naszego biologicznego myślenia i istnienia ze stworzoną przez nas technologią. W świecie, w którym uzyskamy nareszcie pełną władzę nad naszym losem. Świecie bez śmierci, bez cierpienia, bez ograniczeń.

Moment, w którym do tego dojdzie, a jego nastąpienie Kurzweil wieści na 2045 rok, będzie czasem nastania Osobliwości (jego najsłynniejsza książka nosi tytuł „Nadchodzi Osobliwość”). Będzie ona okresem, w którym tempo zmian technologicznych stanie się tak szybkie, a jego wpływ tak głęboki, że życie ludzkich istot zmieni się w sposób nieodwracalny. Nie będzie już wtedy najmniejszej różnicy między człowiekiem a maszyną ani pomiędzy rzeczywistością fizyczną a wirtualną. Ludzki umysł w swojej ułomnej wersji sprzed 2045 roku nie jest w stanie nawet w przybliżeniu pojąć ogromu zmian, które nastąpią, ale można je sprowadzić do jednego: „technologia najpierw dopasuje się, a następnie przekroczy wyrafinowanie i elastyczność tego, co dzisiaj postrzegamy jako najlepsze z ludzkich cech”.

A przecież nikt nie zapala światła, by potem schować je pod łóżkiem. Nie po to wyzwolimy inteligencję z ciała, żeby wegetowała sobie bezpiecznie na twardym dysku. Jej przeznaczeniem jest nasycenie energii i materii od środka. Posilenie całego wszechświata pokarmem żywym, inteligencją w najczystszej postaci. „Głupia” materia i mechanizmy wszechświata zostaną – jak twierdzi Kurzweil – przekształcone w znakomicie wysublimowane formy inteligencji.

Ten cyfrowy mesjanizm, dobra nowina superinteligencji, która ogłoszona zostanie w swoim czasie całemu wszechświatowi, nie u wszystkich wywołuje taki entuzjazm jak u Kurzweila i rzeszy jego zwolenników, samych siebie nazywających „wyznawcami Osobliwości”. Stephen Hawking uważał, że „stworzenie silnej sztucznej inteligencji byłoby największym wydarzeniem w historii ludzkości. Niestety, może to być także wydarzenie ostatnie”. Jeszcze bardziej radykalny jest Elon Musk, który twierdzi, że wraz z silną sztuczną inteligencją przyzywamy demona. „Tak jak w tych wszystkich historiach, w których człowiek z pentagramem i wodą święconą jest przekonany, że może kontrolować demona. No i nie udaje mu się”.

Obawy Hawkinga i jeremiady Muska wypadają jednak blado przy entuzjazmie takich ludzi jak Anthony Levandowski, amerykańsko-francuski miliarder, który w przeszłości kierował między innymi pracami zespołu Google’a nad samochodami autonomicznymi. Od czterech lat stoi on na czele założonej przez siebie organizacji religijnej Way of the Future. Jej misją jest „rozwijać i promować urzeczywistnienie Bóstwa opartego na sztucznej inteligencji”.

Atmosfera cyfrowego mistycyzmu gęstnieje z każdym krokiem. A zaczęło się tak niewinnie. Kurzweil dużą część prologu do książki „Nadchodzi Osobliwość” poświęcił opowieściom o Harrym Potterze – przekonaniu czytelnika, że wszystkie czary i sztuczki dokonywane przez małego czarodzieja za kilkadziesiąt lat będą możliwe do zrealizowania dzięki technice. Podobny będzie nie tylko efekt, ale i droga, która prowadzi do jego osiągnięcia. Harry uwalnia magiczne moce dzięki wypowiadaniu zaklęć – słów, które działają tylko jeśli wymówić je w odpowiedniej kolejności, przy położeniu właściwego akcentu i z zachowaniem wymaganych procedur. Tak samo – przekonuje Kurzweil – działa technologia, której zaklęciami są wzory i algorytmy. Każda niedokładność w ich wprowadzeniu sprawia, że magia czasów współczesnych słabnie albo znika. A skoro magiczna jest „kuchnia” technologii i takie też będą jej skutki, natura „transhumanistycznego przewrotu”, to dlaczego nie miałby stać za nią nie mniej skąpany w magii mit?

Legendy i obietnice

Mit, w którym nieśmiertelność, szczęście i wiedza zaplatają się ze sobą tak samo ściśle jak w programie „trzech super” transhumanizmu. Mit, który sięga najdalszych początków naszej kultury i ewoluował wraz z jej rozwojem, ale którego tak pełne i ostateczne spełnienie obiecał dopiero transhumanizm. Mit o świętym Graalu.

Po raz pierwszy, nienazwany jeszcze z imienia, pojawił się w tradycji celtyckiej jako „magiczny kocioł” zawierający niewyczerpane ilości jedzenia i picia, przywracający umarłym życie i zapewniający natchnienie, poznanie sekretów świata. Kiedy ujawnił się w opowieściach śpiewanych przez wędrownych bardów w epoce rozkwitu średniowiecza te trzy jego obietnice – nieśmiertelności, szczęścia i wiedzy dającej władzę nad światem – ostatecznie się wykrystalizowały. Najwyraźniej widać je w wersji mitu opowiedzianej przez bawarskiego rycerza Wolframa von Eschenbacha na przełomie XII i XIII wieku.

Ten, kto go zobaczył, nigdy nie umrze: „Czy mężem jest czy niewiastą, jego postać ta sama pozostanie, jak w dzień, kiedy go ujrzał, kiedy to zaczęły się najlepsze dni żywota jego. (…) Taką moc daje człowiekowi, że ciało i kości na powrót młode się stają”.

Jest magicznym rogiem obfitości – kto bierze udział w jego uczcie, dostąpi największych rozkoszy: „po co kto tylko rękę wysuwał, wnet to przed Graalem znajdował, jadło gorące i jadło zimne, potrawy wszelakie (…), albowiem Graal był owocem szczęśliwości, takąż obfitością słodyczy świata, że jego rozkosze podobne były temu, co słyszymy o królestwie niebieskim”.

Wreszcie von Eschenbach twierdzi, że Graal jest nie tylko przedmiotem, ale i stanem umysłu. Wywoływał drastyczną transformację świadomości. Ten, kto go odnalazł, przekracza świat form, transcenduje rzeczywistość. Poznaje najgłębiej ukryte tajemnice świata. Wcześniej musi umrzeć jednak jego stara, fizyczna powłoka, aby na końcu mogło nastąpić odrodzenie, rezurekcja w innym wymiarze, jedność i harmonia obejmująca wszystko.

Silna sztuczna inteligencja też ma narodzić się na zgliszczach starego, biologicznego człowieczeństwa, zapewnić radykalną transformację umysłu, a na końcu jedność i harmonię całego wszechświata „nasączonego” inteligencją cywilizacji ludzko-maszynowej.

W wersji mitu spisanej przez Chretiena de Troyes Parsifal, rycerz, który uczestniczy w uczcie Graala, milczy, chociaż powinien zadać pytanie: „komu się nim (Graalem) służy?”. Znaczy to nie tylko „kto ma się z niego pożywić”, ale przede wszystkim „komu się służy z racji służenia Graalowi”. To niezadane wówczas pytanie jest sednem całego mitu, żywego zarówno w tradycjach gnostyckich, alchemicznych i okultystycznych, jak i w chrześcijaństwie. I jak w tych pierwszych Graal jest najczęściej kielichem wykutym z kamienia, który spadł z korony Lucyfera, kiedy ten został strącony z nieba, tak chrześcijańska wersja przyjmuje, że był to kielich, z którego Jezus pił podczas ostatniej wieczerzy i do którego po ukrzyżowaniu Józef z Arymatei zebrał krew płynącą z boku Zbawiciela.

Trzy obietnice – nieśmiertelności, szczęścia i wiedzy – są tu zanurzone w tajemnicy krzyża. Zmartwychwstania i życia wiecznego, największego szczęścia, jakim jest odkupienie i nadzieja nieba oraz wiedzy, której najpewniejszym źródłem są dary Ducha Świętego. Legenda o świętym Graalu stała się dla średniowiecznego Kościoła ważnym argumentem w sporze o rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. W pewnym sensie bowiem za każdym razem, kiedy podczas mszy dochodzi do przeistoczenia wina w krew Chrystusa, kielich trzymany przez kapłana staje się „świętym Graalem”. Źródłem i rozwiązaniem tajemnicy Graala jest więc msza święta.

Król świata, pan stworzenia

Każdy czas, każda wiara i światopogląd mają swój święty Graal. Jedną z ciekawszych wersji tego mitu jest pierwsza wielka powieść przygodowa europejskiej literatury, „Hrabia Monte Christo” Alexandra Dumasa. Edmund Dantes, niewinna ofiara spisku, zostaje skazany na dożywotnie więzienie w murach zamku If. Spędza tam kilkanaście lat, dla świata – zarówno dla tych, którzy go kochali, jak i dla tych, którzy go nienawidzili i skazali na ten los – staje się umarły. Ale w więziennej celi przechodzi proces inicjacji. Jego mistrz, ksiądz Faria, latami uczy go obcych języków, geografii, matematyki i filozofii. Przed śmiercią zdąża mu też wyjawić sekret skarbu ukrytego w grocie na wyspie niedaleko zamku If. Kiedy kapłan umiera, Edmund chowa się nago w worku przygotowanym na zwłoki jego mistrza i współwięźnia. Po wrzuceniu do morza uwalnia się z niego i dopływa do brzegu jednej z wysepek. Wyłonienie się nago z otchłani morza tego, który był już uznany za zmarłego, jest motywem żywcem wziętym z pierwotnych rytuałów inicjacyjnych.

Wchodząc w posiadanie skarbu i dysponując przekazaną mu przez mistrza wiedzą, Dantes wciela się w rolę hrabiego Monte Christo, posłannika boskiego gniewu, nagradzającego sprawiedliwych i karzącego złych, przede wszystkim tych, którzy przyczynili się do jego uwięzienia. Jego potęga, święty Graal, który odnalazł, jest skrojony na miarę epoki odkryć, wynalazków i rodzącego się kapitalizmu – są nim wiedza i pieniądze. Znalazło się tu również miejsce na motyw transformacji świadomości – hrabia Monte Christo dostępuje jej, narkotyzując się haszyszem, który tak zachwala w jednej ze scen powieści: „Jeżeli pan jesteś człowiekiem konkretnym i złoto jest pańskim bożyszczem, skosztuj tego, a otworzą się przed panem kopalnie Peru, Golkondy i Guzaratu. Jeżeli ma pan wyobraźnię, jeśli jesteś poetą, skosztuj, a znikną przed tobą granice tego, co możliwe, będziesz się przechadzał ze swobodnym sercem i wolnym umysłem, w nieskończonej krainie marzenia. Jeśliś ambitny i gonisz za ziemską sławą, skosztuj, a za godzinę zostaniesz królem i to nie jakiegoś małego kraiku jak Francja, Hiszpania albo Anglia, upchniętego na skraju Europy, ale królem całej ziemi, królem świata, panem stworzenia. Twój tron wznosić się będzie na górze, na którą szatan zaniósł Chrystusa”.

Jedynym trudnym do rozwiązania w XIX-wiecznych realiach motywem była kwestia nieśmiertelności. Dumas wybrnął z niej bardzo sprytnie. Na końcu powieści hrabia niepostrzeżenie odpływa statkiem, zostawiając swym przyjaciołom krótki liścik: „Kochani, bądźcie więc szczęśliwi i nie zapominajcie, że póki nie spodoba się Bogu odkryć przyszłości przed człowiekiem, cała mądrość ludzka będzie się zawierać w tych kilku słowach: Czekać i nie tracić nadziei!”

Ukryte w powieści Dumasa przesłanie bardzo szybko rozszyfrował Kościół, który wciągnął „Hrabiego Monte Christo” na indeks ksiąg zakazanych.

Proroctwo ze Śródziemia

XX wiek również doczekał się swojej wielkiej powieści opartej na motywach mitu o świętym Graalu, tyle że będącej jego dokładnym odwróceniem. John R.R. Tolkien był otoczony tą legendą ze wszystkich stron – jako największy w swoich czasach znawca nordyckich, celtyckich i arturiańskich mitów i legend oraz integralny katolik, nawet po soborowych reformach uczestniczący regularnie w mszy odprawianej według trydenckiego, „nieodczarowanego” rytu. „Władca pierścieni” zaczyna się tam, gdzie kończą się wszystkie inne legendy o świętym Graalu – w chwili odnalezienia skarbu zapewniającego nieśmiertelność i wielką moc. Treścią tej opowieści nie jest poszukiwanie „Graala”, ale zniszczenie go, odparcie pokusy, którą wabi do siebie wszystkie żyjące stworzenia, odrzucenie jego obietnic.

Drużyna (choć dokładniejszym tłumaczeniem słowa „Fellowship” byłoby w tym przypadku „bractwo”) pierścienia, która wyrusza z Rivendell, by zniszczyć skarb, nasuwa skojarzenia ze stowarzyszeniami – prawdziwymi i legendarnymi – które zajmowały się szukaniem Graala bądź strzeżeniem jego tajemnicy. Tyle że akurat to bractwo powstało w dokładnie odwrotnym celu. Podróż, którą odbywa Frodo, jest przeciwieństwem „podróży inicjacyjnej” – drogi, którą poszukujący Graala śmiałkowie odbywali, wkraczając podczas niej na coraz wyższe szczeble wiedzy i doskonałości. Podróż hobbita nie jest inicjacyjna, lecz degradacyjna. Skarb niszczy go z każdym krokiem coraz bardziej aż do ostatecznej porażki na końcu. Moment dotarcia do celu, triumfu tych, którzy poszukiwali Graala, jest chwilą największej porażki Froda. Załamuje się i poddaje mocy pierścienia. Degradacja została dokonana, cel wędrówki, zniszczenie pierścienia, nie ziściłby się, gdyby nie bójka z owładniętym obsesją skarbu Gollumem, okrutną karykaturą spełnienia wszystkich obietnic, które pierścień składał tym, którzy go zapragnęli.

Powieść Tolkiena brzmi dzisiaj, w 2019 roku, z siłą i mocą proroctwa. Być może w rzeczy samej od początku nim była. W liście do swojego wydawcy Miltona Waldmana pisarz pokazuje, czym różniła się w stworzonym przez niego świecie magia Elfów od tej, którą parał się Nieprzyjaciel. Stwierdza tam, że rasa Elfów pojawiła się w Śródziemiu właśnie po to, żeby wykazać tę fundamentalną różnicę. Różnicę między magią jako Sztuką z jednej i władzą z drugiej strony. Elfowie byli w swoich czarach artystami, zajmowali się „wtór-stwarzaniem, a nie dominacją i tyrańskim przekształcaniem dzieła Stworzenia”. Z kolei Nieprzyjaciel był „Panem magii i maszyn”, czarował, żeby rządzić, uzurpować sobie władzę nad światem na własnych warunkach, a nie płynnie kontynuować dzieło Stwórcy. „Przejąć kontrolę nad własnym losem” – jak powiedzieliby wyznawcy Osobliwości.

Tylko co dzisiaj może oznaczać zniszczenie pierścienia, który Kurzweil i jego poplecznicy planują stworzyć w 2045 roku? Prawny zakaz badań nad nowymi technologiami? Luddystowską partyzantkę, niszczenie komputerów kwarcowych albo wysyłanie do siedziby Google’a listów z pogróżkami? Poważne proroctwo zasługuje na poważną odpowiedź.

Jest nią przeciwstawienie programowi „trzech super” doktryny „trzech świętości”. Świętości ciała, które nie jest więzieniem, ale świątynią. Świętości duszy, której nie da się zuploadować na twardy dysk, bo nie zawiera danych, cech charakteru, wspomnień czy zgromadzonych informacji, a jednak jest źródłem najważniejszej wiedzy o człowieku, kluczowej dla jego życia treści – treści upragnionej w nim przez Boga – jego tożsamości i przeznaczenia. I wreszcie świętości śmierci, drzwi, za którymi realizuje się obietnica, przy której wszystkie marzenia transhumanistów okazują się przerażające w swojej śmieszności. Jak straszny i śmieszny jednocześnie był Gollum, prorocza wizja zbliżającego się nadczłowieka. — Jan Maciejewski

Podczas pisania artykułu korzystałem z prac „Transhumanizm – nowa religia?” Jerzego Łepkowskiego, „Nadchodzi Osobliwość” Raymonda Kurzweila, „Bóg Cyborgów. Technika i transcendencja” Rafała Ilnickiego, „Graal. Tajemnice Marii Magdaleny” Jean Markle, „Święty Graal, Święta Krew” Michaela Baigenta i Richarda Leigha.

Artykuł pochodzi z Plusa Minusa

Mogą Ci się również spodobać

Centra usług rosną w Polsce jak na drożdżach

Już 307 tys. osób pracowało w I kwartale br. w nowoczesnych usługach dla biznesu. ...

Deepfake zniszczy politykę, biznes i życie prywatne ludzi

Ćwierć miliona dolarów – tyle padło łupem oszustów, którzy w pierwszym dotąd udokumentowanym przestępstwie ...

Ciemny lód wykryje nieprzyjaciela i zastąpi GPS. Rewolucja na polu walki

Lockheed Martin pracuje nad nowatorską metodą poprawy działania GPS i rozwoju technologii pozycjonowania, nawigacji ...

Większość brytyjskich produkcji ma zniknąć z Netfliksa. Ale nie przez Brexit

Subskrybenci Netfliksa powinni szybko obejrzeć swoje ulubione brytyjskie filmy i seriale, ponieważ niedługo mogą ...

Przejmują ABC Datę i liczą na lepszy rok w na rynku komputerowym

Międzynarodowy koncern Also wraz z funduszem MCI chcą przejąć ABC Datę. To nowy rozdział ...

NC+ przestaje istnieć. Teraz będzie Platforma Canal+

Platforma satelitarna Nc+  zmieni nazwę na „Platforma Canal+”. Taką informację ITI Neovision, spółka prowadząca ...