Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak przebiegała rywalizacja Rakowa Częstochowa z Fiorentiną w rewanżowym meczu Ligi Konferencji?
- Jakie korzyści finansowe i punktowe dla rankingu UEFA Raków uzyskał w trakcie swojej europejskiej przygody?
- Dlaczego to starcie miało historyczne znaczenie dla polskiej piłki klubowej?
Korespondencja z Sosnowca
Upłynęło raptem kilkanaście sekund drugiej połowy, kiedy Ivi Lopez znalazł w polu karnym bardzo aktywnego od początku meczu Karola Struskiego, ten zwiódł kryjącego go, o wiele potężniejszego Chera Ndoura, uderzył w krótki róg, i po chwili piłka zatrzepotała w siatce.
Kibice Rakowa, którzy wykupili komplet biletów na sosnowiecki stadion, zerwali się z miejsc, a trener Łukasz Tomczyk zacisnął dłoń w pięść, jakby chciał przypomnieć swoje słowa po pierwszym meczu we Florencji, po którym zapowiadał: „klaty do przodu i walczymy w rewanżu”.
Raków – Fiorentina. Czy gospodarzom należał się rzut karny?
Wydawało się, że mający do odrobienia jednobramkową stratę z pierwszego spotkania Raków skupi się jednak przede wszystkim na zabezpieczeniu tyłów i będzie szukał okazji do kontr. Ale Fiorentina ani myślała o prowadzeniu gry i gospodarzom nie pozostało nic innego, jak wziąć ją na siebie.
Pierwsze pół godziny toczyło się pod ich dyktando, ale poza dwoma groźniejszymi wejściami lewą stroną i zagraniami przed bramkę Lopeza i Jeana Carlosa, nic z tego nie wynikało. Fiorentina postraszyła w ostatnim kwadransie, tworząc najlepszą okazję w pierwszej części. Moise Kean strzelił jednak w sposób niegodny reprezentanta Włoch i Oliwier Zych nie miał problemu z obroną.
– Raków jest lepszy niż nasz zespół, ale brakuje mu konkretów w trzeciej tercji – mówił w przerwie florencki dziennikarz Duccio Mazzoni. Gdy konkret w postaci gola w końcu padł, Częstochowianie ruszyli ze zdwojoną wiarą i przez kolejny kwadrans zdominowali gości. Paolo Vanoli nie zamierzał jednak na to patrzeć bezczynnie. Dokonał dwóch zmian, na boisku pojawili się Roberto Piccoli oraz Robin Gosens i obraz gry zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pierwszym ostrzeżeniem był strzał głową w słupek Piccolego. Drugiego nie było. Ndour uderzył sprzed szesnastki, a piłka po rykoszecie od Piccolego wpadła do siatki pod ręką Zycha.
Od tego momentu Fiorentina udowadniała, iż ma jakość, a fakt, że jej kadra wyceniana jest pięciokrotnie wyżej niż Rakowa, nie jest tylko suchą statystyką. Częstochowianie długo nie byli w stanie się odgryźć, ich bramka była co rusz ostrzeliwana, ale siedem minut przed końcem Jonatan Braut Brunes wdarł się w pole karne, minął bramkarza, padł, a sędzia wskazał na rzut karny. Po analizie VAR okazało się, że jednak był spalony, a do tego Brunes symulował i jeszcze obejrzał żółtą kartkę.
Częstochowianie raz jeszcze domagali się karnego, gdy wybijana z pola karnego piłka musnęła rękę jednego z przeciwników, ale arbiter pozostał niewzruszony. W doliczonym czasie Raków rzucił do ataku wszystkie siły, pod pole karne gości ruszył nawet Zych, ale skończyło się jedynie kontrą gości i strzałem Marina Pongracića z własnej połowy do pustej bramki, który zakończył emocje i mecz.
Ile zarobił Raków Częstochowa za grę w Europie?
Raków odpadł, ale w tej edycji Ligi Konferencji pozostawił po sobie dobre wrażenie. Do fazy ligowej przedarł się przez trzy rundy eliminacyjne. Tę skończył na drugim miejscu, nie ponosząc żadnej porażki. Łącznie z 14 spotkań w LK przegrał tylko trzy: z Maccabi Hajfa w eliminacjach i dwukrotnie z Fiorentiną.
Przy większej dozie szczęścia Raków mógł być pierwszym w historii polskim klubem, który wyeliminowałby z pucharów Fiorentinę
Zdobył sporo punktów dla Polski w rankingu UEFA, zarobił do swojej kasy około 8 milionów euro i zebrał sporo doświadczenia. Mimo wszystko może mieć jednak pewne poczucie niedosytu, bo przy większej dozie szczęścia mógł być pierwszym w historii polskim klubem, który wyeliminowałby z pucharów Fiorentinę, co nie udało się nikomu w żadnej z poprzednich pięciu prób.