– Te miliardy co do zasady jeszcze nie zostały wydane. Zostały zakontraktowane.
Zaczynając od tych słów, głos w katowickiej debacie zabrał Piotr Zawieja, wiceprezes zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, zwracając uwagę na prostą, a często pomijaną okoliczność. Największe programy modernizacyjne, „Wisła” i „Narew”, czyli budowa obrony przeciwlotniczej, to przedsięwzięcia rozpisane na lata, z horyzontem sięgającym 2035 r. Finansowanie uruchamiane jest etapami, w miarę przechodzenia do kolejnych faz realizacji. A to oznacza, że związany z nimi strumień pieniędzy będzie zasilał polski przemysł przez co najmniej kolejną dekadę.
Debata, którą prowadził Marcin Piasecki, redaktor zarządzający „Rzeczpospolitej”, odbyła się podczas XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach w formule zamkniętej. Przy jednym stole zasiedli przedstawiciele nadzoru właścicielskiego, spółek zbrojeniowych państwowych i prywatnych, zagranicznych koncernów obecnych w Polsce, banków komercyjnych i rozwojowych, instytucji badawczych oraz parlamentu. Punkt wyjścia był oczywisty: skoro państwo przeznacza na modernizację sił zbrojnych kwoty bezprecedensowe w historii III RP, to co poza samym wyposażeniem armii zostanie po tych inwestycjach w polskiej gospodarce? Technologie, kompetencje, miejsca pracy, przewagi konkurencyjne czy tylko faktury dla zagranicznych producentów?
Miliardy dopiero płyną
Po latach niedofinansowania państwowy przemysł zbrojeniowy po raz pierwszy ma środki nie tylko na bieżącą produkcję i zwiększanie zdolności wytwórczych, ale przede wszystkim na inwestycje. Spółki grupy PGZ inwestują zarówno z dofinansowań państwowych, jak i z kapitału wypracowanego w działalności własnej. Praktycznie każda spółka produkcyjna PGZ prowadzi dziś procesy inwestycyjne. Z wymogów bezpieczeństwa wynika konieczność zatrudniania wyłącznie polskich pracowników, z czego płynie efekt kaskadowy dla rynku pracy.
– Mamy 12 tys. kooperantów. Dzielimy się z nimi zamówieniami i pieniędzmi, które stanowią wynagrodzenie za nasze produkty – mówił wiceprezes Zawieja. Ambicją zarządu PGZ – przekonywał – jest, by przemysł zbrojeniowy stał się jednym z kół zamachowych polskiej gospodarki, a pozyskiwane technologie w miarę możliwości znajdowały zastosowanie także na rynku cywilnym.
Recenzja na froncie
Andrzej Grzyb, przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej, wprowadził do dyskusji perspektywę polityczną. Kluczowym momentem dla polskiego przemysłu zbrojeniowego okazała się wojna w Ukrainie. To tam polskie produkty zostały sprawdzone w warunkach bojowych, a nie laboratoryjnych czy poligonowych. Piorun, karabinek MSBS Grot, haubice Krab, drony WB Electronics, wszystkie te systemy zdały egzamin. Informacja zwrotna z frontu przekłada się na błyskawiczne poprawki konstrukcyjne. Problem z bezpiecznikiem w karabinkach Grot, przez lata przedmiot krytyki, udało się rozwiązać w obrębie grupy PGZ: produkcję bezpiecznika przeniesiono do zakładu z kompetencjami lotniczymi.
Poseł zwrócił uwagę na bezprecedensowe tempo zmian technologicznych w obszarze dronów i systemów antydronowych. – Zmiana technologiczna następuje nie w ciągu lat, tylko tygodni – podkreślił. To zrewolucjonizowało myślenie o produkcji wojskowej: nie wolno produkować na magazyn, bo za kilka miesięcy produkt może okazać się przestarzały. Liczy się utrzymywanie kompetencji i elastyczności, a nie tylko zdolności wytwórczych. Przykład? Samoloty turbośmigłowe, jeszcze niedawno uznawane za maszyny do zastosowań gospodarczych, dziś okazują się efektywnym narzędziem w zwalczaniu dronów.
Grzyb wskazał również na przypadek Huty Częstochowa, uznając go za modelowe wykorzystanie art. 311 prawa upadłościowego. Huta, wcześniej postawiona w stan nieczynny, została przejęta przez państwo za około 250 mln zł. W krótkim czasie jej wartość wielokrotnie wzrosła, a zakład uzyskał perspektywę długofalowych zamówień. Za dobry kierunek uznał również proces polonizacji realizowany na przykładzie Bumaru-Łabędy w ramach kontraktów koreańskich.
Błędne koło gwarancji
Marcin Kubicza, dyrektor Departamentu Projektów Strategicznych w Ministerstwie Aktywów Państwowych, nadzorującym PGZ, zarysował mechanizm, który przez lata blokował rozwój polskiego przemysłu obronnego. Nazwał go błędnym kołem.
– Siły zbrojne, nasz główny zamawiający, oczekują od przemysłu pewnych zdolności. I dopiero jak te zdolności zostaną zbudowane, są gotowe złożyć zamówienie – wyjaśniał. Tymczasem budowa zdolności bez kontraktu, choćby ramowego, jest niezwykle trudna.
Na to nakładał się problem finansowania. – Algorytmy stosowane w bankach nie przepuszczały PGZ z uwagi na zbyt wysoką ekspozycję kredytową – tłumaczył dyrektor Kubicza. Ekspozycja ta wynikała z gwarancji należytego wykonania wielomilionowych kontraktów oraz zabezpieczeń zwrotu zaliczek. Formalnie pieniądz wirtualny, w praktyce blokował finansowanie inwestycyjne. Przełom przyniósł Fundusz Inwestycji Kapitałowych (FIK), który pozwolił państwu wziąć na siebie ciężar kluczowych inwestycji.
Dyrektor zwrócił też uwagę na zmianę w negocjacjach międzypaństwowych. Program „Orka”, dotyczący zakupu okrętów podwodnych, zrealizowano na podstawie decyzji rządowej, a nie wyłącznie stanowiska jednego zamawiającego. Powołano komitet, w którym reprezentowane były zarówno interesy sił zbrojnych, jak i polskiego przemysłu. Podobnie zmienia się sytuacja w programie K2. – To przełom, który nakazuje wnioskować bardzo pozytywnie, co będzie za kilka lat – ocenił.
Norwegowie wybierają Polskę
– Sytuacja całkowicie zmieniła się na rynku i nie można jej porównać do stanu sprzed kilku lat, kiedy działały ustawy offsetowe, które wymuszały lokalizację – mówił Krystian Chmielewski, Senior Vice President Kongsberg Defence & Aerospace, odpowiedzialny za Europę. Zdecydowanie zaprzeczył obrazowi, w którym zagraniczne koncerny inwestują w Polsce tylko wtedy, gdy są do tego zmuszone. Dziś decyzje podejmowane są z pobudek czysto biznesowych.
Kongsberg ogłosił niedawno inwestycje na Kaszubach. – To była decyzja biznesowa. W kontrakcie nie było żadnego offsetu, nie było żadnego wymogu. Doszliśmy do wniosku, że to najlepsze rozwiązanie, żeby rozszerzać swoje możliwości i dywersyfikować łańcuch dostaw – podkreślił przedstawiciel norweskiego koncernu. Kongsberg, obecny w 37 krajach, lokuje Polskę w pierwszej piątce najbardziej atrakcyjnych rynków, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i kompetencji kadr.
Doświadczenie Kongsberga wskazuje na głębszy trend. Zagraniczni producenci w wielu przypadkach osiągnęli już granicę wzrostu organicznego we własnych krajach. Rozbudowa mocy i dywersyfikacja łańcucha poddostawców stały się koniecznością biznesową, a nie uprzejmością wobec lokalnego rządu. Szukanie polskich kooperantów jest w tym kontekście naturalnym procesem.
– Numerem jeden, przynajmniej dla mnie, pozostaje to, żebyśmy mówili o zdolnościach i o faktycznym przygotowaniu się na ewentualny konflikt – zaznaczył Chmielewski. Kontekst gospodarczy jest istotny, ale wtórny wobec fundamentalnego celu, jakim jest bezpieczeństwo.
Amerykańska perspektywa
Perspektywę amerykańskich korporacji przedstawił Tomasz Zakrzewski, Corporate Business Development Director Grupy RTX (Collins Aerospace) w Polsce. Bilans obecności koncernu w kraju jest znaczący. Huta Stalowa Wola produkuje 48 wyrzutni do programu „Wisła”, czyli polskiej wersji systemu Patriot. Zakłady Pratt & Whitney w Rzeszowie od niemal 50 lat wytwarzają komponenty silników lotniczych: wcześniej do polskich F-16 (silniki F100), dziś do silników dla F-35, które trafią do Polski w czerwcu. Podczas Kongresu ogłoszono kolejną inwestycję Pratt & Whitney w Rzeszowie o wartości ponad 100 mln dol., w planach jest budowa kolejnej fabryki Collins Aerospace.
– Cała nasza grupa to około 1800 polskich podwykonawców. Łańcuch dostaw funkcjonuje i obejmuje zarówno firmy państwowe, jak i prywatne – mówił Zakrzewski. Podkreślił, że RTX akceptuje wymagania strony polskiej: transfer technologii do Sił Zbrojnych RP i współpracę przemysłową z krajowym sektorem obronnym.
Dla Amerykanów nie wszystko jest proste. Dyrektywy europejskie, w tym instrument SAFE wypracowany podczas polskiej prezydencji, w pewnej formule wykluczają amerykańskie firmy z części programów. Jednocześnie Sztab Generalny WP w perspektywie 2039 r. zaplanował wydatki rzędu 100 mld dol. na sprzęt amerykański. – Prowadzę trudne rozmowy z moimi kolegami w firmie, że to naprawdę będzie się działo – przyznał Zakrzewski.
Dylematy licencji
Przemysław Kowalczuk, prezes zarządu Grupy Niewiadów, powiązał trzy wątki: inwestycje, współpracę zagraniczną z transferem technologii oraz sprzedaż jako motor budowy siły ekonomicznej. Grupa Niewiadów intensywnie inwestuje, częściowo z zysków z bieżących dostaw dla MON, a w znacznej części ze środków prywatnych funduszy inwestycyjnych. Otwarcie nowych linii produkcyjnych zaplanowane jest na czwarty kwartał bieżącego roku.
Prezes zwrócił uwagę na niedoceniane ryzyko przeinwestowania, nie tylko w środki trwałe, ale również w technologie. – Każdy transfer kosztuje, każdy musi być zaimplementowany. Zazwyczaj wiąże się z opłatami licencyjnymi – tłumaczył. Stąd istotne pytania menedżerskie: czy potrzebna jest licencja pełna, czy ograniczona do rynku polskiego, czy licencja czasowa wyłącznie na konkretny projekt sprzedażowy.
Szczególną wartość dają te porozumienia licencyjne, które otwierają polskim firmom dostęp do rynków zbytu partnerów zagranicznych. – Jeżeli powiążemy ze sobą dwie transakcje naraz, dostęp do technologii i dostęp do kanałów sprzedaży, wtedy mówimy o ekspansji produktowej w zupełnie nowe obszary, do których samodzielnie trudno byłoby wejść – zaznaczył Kowalczuk. Dostęp do technologii amerykańskich pozostaje dla firm prywatnych trudniejszy. Ułatwiają go dopiero umowy międzyrządowe.
Stal pracuje w pokoju
Szczególnie interesującą ilustracją strategii łączenia obronności z gospodarką cywilną okazała się wypowiedź Adriana Sienickiego, wiceprezesa Węglokoksu i prezesa zarządu Huty Częstochowa. Reaktywacja zakładu, choć motywowana względami strategicznymi, była od początku projektowana jako inwestycja gospodarczo samodzielna.
– Wojny mają swój początek i swój koniec. Po końcu wojny część sprzętu aż tak potrzebna nie jest i potem czeka na kolejną. My tak nie działamy – mówił prezes.
93 proc. produkcji Huty Częstochowa to stal konstrukcyjna dla polskiego przemysłu i budownictwa. Znacząca część asortymentu to produkty podwójnego zastosowania: ta sama stal może pokryć pojazd opancerzony i posłużyć do wyprodukowania łyżek koparek czy burt samochodów ciężarowych. – Jedno miejsce pracy w hutnictwie oznacza między pięć a siedem miejsc w przetwórstwie stali w całym łańcuchu dostaw – podkreślał Sienicki.
Huta Częstochowa jest przy tym jedyną w Europie hutą zdolną wytworzyć ze złomu stal w procesie zintegrowanym i wywalcować blachy grube, które po prefabrykacji mogą trafić bezpośrednio do produkcji pojazdów opancerzonych. Zakład strategiczny obronnie i konkurencyjny cywilnie w jednym.
Dwie dodatkowe korzyści podatnika
Do zasadniczego pytania debaty, co konkretnie ma z tych wydatków polski podatnik, odniósł się dr Hubert Cichocki, prezes Centrum Łukasiewicz, na co dzień także związany ze Szkołą Główną Handlową.
– Możemy mieć z tego dwie dodatkowe korzyści – wskazał.
Pierwsza to skokowy wzrost innowacyjności. – Od 2013 do 2023 r. zwiększyliśmy nakłady na badania i rozwój blisko dwukrotnie. Problem polega na tym, że za wielkim wzrostem nakładów nie poszedł równie istotny wzrost efektów – zauważył. W europejskim wskaźniku innowacyjności Polska pozostaje mniej więcej w tym samym miejscu, co osiem lat temu. Diagnoza: problem nie leży w poziomie nakładów, tylko w sposobie ich wykorzystania. – Wydatki na badania i rozwój w obszarze militarnym mają też efekty drugiej rundy – zauważył prezes Cichocki – to znaczy przekładają się na wzrost aktywności badawczej także w sektorze cywilnym.
Drugą korzyścią dla polskiej gospodarki jest generowanie dojrzałych, dużych przedsiębiorstw, które kontrolują własne łańcuchy wartości i w których kluczowe funkcje (B+R, design, marketing) zlokalizowane są w kraju. To oznacza lepszą jakość miejsc pracy, a nie tylko ich zwiększoną liczbę.
Prezes Centrum Łukasiewicz wyraził uznanie dla podejścia, jakie państwo przyjęło wobec mechanizmu local content. – To pierwsza w polskim sektorze publicznym próba wykorzystania mechanizmu bodźców do tego, aby przekonywać menedżerów firm publicznych do zwiększania komponentu lokalnego. Bardzo dojrzałe, anglosaskie podejście. Jeżeli coś możemy mierzyć, to możemy tym zarządzać – przekonywał.
Koniec renty pokoju
Perspektywę długofalową i geopolityczną wprowadził Mirosław Czekaj, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, który – jak sam określił – odgrywa ważną rolę w finansowaniu sektora obronnego i szeroko rozumianej odporności państwa.
– Chciałbym, żeby ten rejon nie był w długim okresie kwalifikowany w centrach decyzyjnych świata jako niebezpieczny albo zagrożony. Aby tak się nie stało, potrzebne są nakłady oraz wyraźne pokazanie, że działamy i przeciwdziałamy potencjalnym zagrożeniom – mówił.
Za szczególnie istotne uznał skutki niewidoczne na pierwszy rzut oka: decyzje globalnych koncernów o lokalizacji inwestycji w Polsce, decyzje kadr wysoko wykwalifikowanych o wiązaniu przyszłości z krajem, decyzje partnerów międzynarodowych o włączeniu Polski do kluczowych sojuszy i łańcuchów wartości. – Czas renty pokoju się skończył. Musimy ponieść nakłady, aby w długim okresie nasza wiarygodność – szczególnie tam, gdzie zapadają decyzje lokalizacyjne, przemysłowe, naukowe i cywilizacyjne – przesuwała szalę na korzyść Polski – podkreślał prezes BGK.
Drugim elementem jest suwerenność, zarówno technologiczna, jak i w zakresie mocy produkcyjnych. Bez inwestycji w te obszary trudno byłoby reagować w przypadku konfliktu. Nakłady mają tworzyć nowe miejsca pracy i stanowić magnes dla wysoko wykwalifikowanej kadry, co zwiększa atrakcyjność Polski jako partnera i jej siłę w międzynarodowych sojuszach. Istotne są również technologie i infrastruktura podwójnego zastosowania, służące jednocześnie celom obronnym i cywilnym.
Prezes Czekaj przedstawił skalę nadchodzącego strumienia finansowego. – Trwają rozmowy związane ze sfinalizowaniem wsparcia ze środków unijnych w ramach programu Polska Zbrojna. Fundusz ma być zasilany środkami z programu SAFE. To kwota do 150 mld zł, co pozwoli na utrzymanie bardzo wysokich dodatkowych środków na obronność, sięgających 70–80 mld rocznie w następnych latach – wyliczał prezes.
Innowacja jest spoiwem
– Rozmawiamy o przemyśle obronnym w dwóch kontekstach: to dwie strony medalu. Jedna to potrzeby sił zbrojnych, suwerenność, autonomia. Druga to konkurencyjność gospodarcza, eksport. Spoiwem łączącym obie perspektywy są innowacje – podkreślił Dionizy Smoleń, partner PwC Polska, lider usług związanych z obronnością. Dodał, że przykładem potencjału innowacji jest ICEYE – fińska firma, współzałożona przez polskiego inżyniera Rafała Modrzewskiego, od której Polska pozyskała satelity o przeznaczeniu obronnym. Potencjał suwerenności, w newralgicznym obszarze rozpoznania, buduje się z udziałem polskiej myśli inżynierskiej.
Partner PwC podkreślił potrzebę zintegrowanego podejścia: to nie tylko sprawa MON, ale także resortów rozwoju i technologii, nauki, aktywów państwowych i innych. Wyraził też nadzieję, że zintegrowaną perspektywę dostarczy strategia rozwoju przemysłu obronnego, oparta na trzech filarach: innowacje, modernizacja potencjału przemysłowego, polityka eksportowa. – Tej strategii nadal nie ma – zauważył.
Zamawiający decyduje o wszystkim
– Czasami pytania są trochę retoryczne. Czy musimy inwestować? Tak. Czy jest local content? Oczywiście. Ale zmartwieniem jest to, że wydane dotychczas środki przyniosły bardzo niewiele wzrostu gospodarczego.
Marek Warzecha, prezes zarządu Ponar Wadowice, wprowadził do debaty nutę sceptycyzmu wyrażoną w sposób konkretny. – Tylko to, co wydamy u nas, ma szansę przynieść ten wzrost – argumentował.
Jego zdaniem najpoważniejszym problemem pozostaje to, że zamawiający, czyli wojsko, decyduje praktycznie o wszystkim. – Jeżeli dalej zamawiający będzie o wszystkim decydował, to czeka nas niezbyt świetlana przyszłość – ostrzegał. Wskazywał, że nie można akceptować sytuacji, w której wszyscy uczestnicy procesu zrzucają z siebie odpowiedzialność, tłumacząc, że „wojskowi powiedzieli, że mamy to kupić, więc kupujemy”.
Drugim obszarem wymagającym radykalnej reformy jest system certyfikacji. – Jesteśmy w tym zakresie w XIX wieku. Wprowadzenie jakiejkolwiek zmiany w materiale wymaga wielomiesięcznych lub wieloletnich procedur, a często ludzie po drugiej stronie nie znają się na tym, co dopuszczają – mówił Warzecha. Problem nie dotyczy wyboru między sektorem państwowym a prywatnym. Polscy producenci po obu stronach są skrępowani tym samym biurokratycznym bagażem.
Bez interwencji w te procesy Polska nie zdąży wyprodukować tego, co niezbędne, a lekcja ukraińska pokazuje, że tempo ma tu znaczenie krytyczne.
– Problem nie jest w braku środków. Problem jest w tym, jak te środki wydamy – puentował prezes Ponaru.
Banki wracają do sektora
Obronność przestała być sektorem wykluczonym z finansowania przez instytucje finansowe, co przez lata było jedną z największych przeszkód w rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego. Grzegorz Rabsztyn, dyrektor biura Grupy Europejskiego Banku Inwestycyjnego w Polsce, określił tę zmianę jako fundamentalną.
– Jako przedstawiciel banku Unii Europejskiej, banku projektu pokojowego, potwierdzam, że renta pokoju się skończyła. Jeszcze kilka lat temu finansowanie sektora zbrojeniowego było wykluczone, dziś zmieniło się to radykalnie – mówił.
EBI wciąż nie finansuje ofensywnej broni i amunicji, natomiast aktywnie wspiera budowę konkurencyjności gospodarek Unii przez finansowanie lokalnych łańcuchów dostaw oraz innowacji, szczególnie w obszarze dual use (podwójnego zastosowani). – Rozszerzyliśmy definicję dual use i zliberalizowaliśmy podejście do dofinansowania projektów. Nie wymagamy już większości przychodów z użytku cywilnego, ale komponent cywilny zawsze musi być obecny – tłumaczył Rabsztyn.
Reaktor z lotniskowca
– Sektor bankowy był częściowo wyłączony z obronności, teraz wszyscy wracają – taką perspektywę zaprezentował także Michał Popiołek, dyrektor zarządzający ds. bankowości globalnej i inwestycyjnej w mBanku. Sam mBank nigdy całkowicie się z sektora nie wycofał i od lat finansuje firmy działające równolegle na rynku cywilnym i obronnym. Jednym z przykładów jest duża polska prywatna stocznia budująca zarówno okręty, jak i promy.
Michał Popiołek, dyrektor zarządzający ds. bankowości globalnej i inwestycyjnej w mBanku, przypomniał, że historycznie większość fundamentalnych innowacji rodziła się najpierw w sektorze zbrojeniowym, by z czasem przejść do zastosowań cywilnych
Michał Popiołek zwrócił uwagę na zasadnicze ryzyko, przed którym stoją firmy sektora. – To bardzo ważne dla bezpieczeństwa tych firm w długim terminie, aby nie było sytuacji, że po zakończeniu dużych kontraktów zostają one z wysokimi kosztami stałymi i bez zamówień – ostrzegał. Kluczowy jest balans między produkcją dla obronności a utrzymaniem równoległej obecności na rynku cywilnym.
Popiołek przypomniał też, że historycznie większość fundamentalnych innowacji rodziła się najpierw w sektorze zbrojeniowym, by z czasem przejść do zastosowań cywilnych. Przykładem są reaktory SMR, których źródłem w pewnym sensie są napędy atomowe okrętów wojennych. Koszt wytworzenia energii elektrycznej na amerykańskim lotniskowcu może sięgać nawet 2 tys. dol. za megawatogodzinę, a zatem nie ma bezpośredniego uzasadnienia ekonomicznego poza zastosowaniem wojskowym. Ale sama technologia z czasem znajdzie komercyjne zastosowanie.
Głos z Bumaru-Łabędy
Debatę zamknęła Monika Kruczek, prezes Bumaru-Łabędy, zakładu realizującego proces polonizacji kontraktów koreańskich, którego przykład pojawiał się w dyskusji wielokrotnie. – Możemy się cieszyć, że tak duże środki płyną na przemysł obronny, bo rozwijają się nie tylko zakłady zbrojeniowe, ale przede wszystkim same jednostki wojskowe – zaznaczyła, odwołując się do częstej obecności na poligonach.
Dzięki wsparciu Ministerstwa Aktywów Państwowych, Ministerstwa Rozwoju i Technologii oraz innych instytucji państwa polskie zakłady mogą pozyskiwać nowe technologie, choć proces polonizacji jest wymagający.
– Mam nadzieję, że ta innowacyjność będzie mogła dzięki przemysłowi obronnemu się rozwijać, że niebawem będziemy jednym z potentatów rynku zbrojeniowego – mówiła prezes Kruczek. – Obyśmy z tego naprawdę skorzystali, żeby państwo polskie mogło się dalej rozwijać, żebyśmy na emeryturze mogli być zadowoleni z tego, co wypracowaliśmy, i żebyśmy nigdy nie musieli być na miejscu Ukrainy.
Co zostanie po wojnach
Debata w Katowicach pokazała polski przemysł obronny w momencie przełomowym. Miliardy dopiero zaczynają płynąć, wokół PGZ buduje się ekosystem 12 tys. kooperantów, a zagraniczne koncerny wybierają Polskę z pobudek biznesowych, bez przymusu offsetowego. Ale strukturalne deficyty, zbyt niskie nakłady na badania czy XIX-wieczny system certyfikacji pokazują, że sam strumień pieniądza to jeszcze nie wszystko.
Wspólny mianownik jest czytelny. Dla pokolenia menedżerów, urzędników i polityków pracujących w sektorze obronnym miliardy wydatkowane na obronność to nie tylko kwestia zdolności militarnych. To test, czy polskie państwo potrafi zbudować trwałą architekturę przemysłową, technologiczną i eksportową, taką, która pracuje również wtedy, gdy bezpośrednie zagrożenie słabnie. Jak zauważył jeden z uczestników, wojny mają swój początek i swój koniec. Od decyzji podejmowanych dziś zależy, co po nich zostanie w gospodarce.