Czy konflikt w PiS okaże się trzęsieniem ziemi, które wywoła fale tsunami? – Czeka nas okres zamętu na scenie politycznej. W 2027 r. spodziewam się parlamentu rozdrobnionego. Paradoks polega na tym, że zarówno Grzegorz Braun – trzymając się kryterium dochodowego – jak i Mateusz Morawiecki zwracają się do centrum, ale inaczej nazywając jego oczekiwania. Natomiast żadnej z tych grup wyborców nie frustruje już bieda – odpowiada dr Jacek Sokołowski, prawnik i politolog, Instytut Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ, autor książki „Transnaród. Polacy w poszukiwaniu politycznej formy”.
Kto ma rację: Jarosław Kaczyński czy Mateusz Morawiecki? Spór o kierunek – zwrot na prawo lub ku centrum – ma swój puls. Czy bije w klasie średniej, a zradykalizowany PiS straci ją na rzecz Konfederacji, która wejdzie w rolę partii centrowej? Rachunek jest bardziej skomplikowany. Ale rywalizacja na prawicy wprawiła w ruch płyty tektoniczne.
Wyższa klasa średnia w większych miastach głosuje na KO. Na prowincji wybiera pomiędzy PiS, Trzecią Drogą i Koroną Konfederacji Polskiej
– W dzisiejszej Polsce średnie dochody liczone wg metodologii OECD sytuują się gdzieś pomiędzy 4 tys. zł a 9–10 tys. zł na głowę w gospodarstwie domowym. I ludzie z takimi dochodami żyją już faktycznie w sposób, który można porównywać z zachodnią klasą średnią. A ci, którzy znajdują się w dolnym przedziale, aspirują do stylu życia tych z górnego. Młody człowiek z prowincji, który przyjechał do Krakowa, skończył studia i pracuje w banku czy jakimś korpo na niskim szczeblu ma nieporównywalnie większe zasoby i możliwości, niż jego – dajmy na to – starszy kuzyn, który w latach 2011–2015 mógł ze swojego małego miasteczka co najwyżej wyjechać na zmywak do Irlandii. Przez ostatnie 12 lat siła nabywcza pensji minimalnej wzrosła o ponad 60 proc.! Ale ten młody człowiek właśnie w ostatnich latach zderza się ze świadomością, że już wyżej nie pójdzie. A to ustawia go w kontrze do „wyższej klasy średniej”, czyli tych z dochodem bliżej 10 tysięcy na głowę w gospodarstwie domowym. A oni, przynajmniej w większych miastach, stanowią głównie elektorat PO. Ale na prowincji już nie – a trzeba pamiętać, że taka klasa średnia wyrosła w ostatnich 12 latach również na prowincji. Właściciele tartaków, ferm drobiu, niedużych firm budowlanych, hurtowni – oni mają poziom dochodowy tej wielkomiejskiej wyższej klasy średniej. Ale różnią się od niej kulturowo – opowiada Sokołowski.
Czytaj więcej
To nie liczby bezwzględne są tym, co nas motywuje politycznie i społecznie, a stosunek do tych, którzy są zaraz obok i mogą mieć więcej. I w tym se...
Co z tego wynika? – Niektórzy zaczęli się liberalizować (czego efektem był wynik wyborczy Trzeciej Drogi w 2023), część zerka na Grzegorza Brauna, część trwa przy PiS, część nie wie. I w związku z tym uważam, że kryzys naszego systemu partyjnego – który właśnie zaczyna się materializować na naszych oczach – jest przede wszystkim pochodną po pierwsze, powstania w Polsce normalnej klasy średniej, mającej poziom życia już porównywalny z tą zachodnią; a po drugie – konfliktów i napięć w obrębie tej grupy, która ze względu na swoją transformacyjną genezę jest bardzo niejednorodna – konkluduje autor „Transnarodu”.
Nie ma jednej klasy średniej, a o głosowaniu bardziej zdecyduje różaniec niż portfel
Już 49 proc. Polaków ocenia, że żyje na średnim poziomie, czyli sytuację w ich gospodarstwach domowych najlepiej opisuje stwierdzenie „Starcza nam na co dzień, ale musimy oszczędzać na poważniejsze zakupy” – informuje CBOS (badanie „Oceny sytuacji finansowej gospodarstw domowych” zrealizowano w dniach od 5 do 15 marca 2026 r. na próbie liczącej 1012 osób). 39 proc. badanym żyje się dobrze („starcza nam na wiele bez specjalnego oszczędzania”) lub bardzo dobrze („możemy pozwolić sobie na pewien luksus”), a to oznacza, że Polaków, którzy deklarują finansową swobodę, jest wg obliczeń CBOS najwięcej w historii pomiarów. W porównaniu do zeszłego roku o cztery punkty proc. wzrosła liczba respondentów spokojnych o swoją sytuację finansową (jest ich 34 proc.). Ale strach przed biedą, wyrażany w stwierdzeniach „obawiam się, choć sądzę, że jakoś sobie poradzę” lub „boję się i nie wiem, jak sobie poradzę”, utrzymuje się na podobnym poziomie: wyraża go 23 proc. Polaków (spadek o punkt proc.).
Nie ma jednej klasy średniej. I nie ma jednego segmentu elektoratu, który możemy tym pojęciem opisać. Klasa średnia nie jest produktem, który z półki sklepowej mogłaby wziąć sobie do koszyka jedna partia
– Większość Polaków – niezależnie od obiektywnych wskaźników zamożności czy statusu zawodowego – utożsamia się z klasą średnią, ale niekoniecznie oznacza to wspólnotę interesów. A w polskiej polityce ciągle nawet bardziej niż interesy liczą się podziały kulturowe i wartości. A inaczej, odwołując się do badań Krzysztofa Jasiewicza sprzed lat, to o głosowaniu bardziej decyduje różaniec niż portfel. Czyli w większym stopniu niż obiektywna sytuacja ekonomiczna decydują nasze praktyki religijne, przywiązanie do wspólnot wartości i symboli – bardziej modernizacyjnych lub bardziej tradycjonalistycznych – komentuje dr hab. Adam Gendźwiłł, prof. Uniwersytetu Warszawskiego. Zdaniem socjologa warto przyjrzeć się temu, na ile grupa zadowolona ze swojej sytuacji materialnej, jest zróżnicowana. – Bo nie ma jednej klasy średniej. I nie ma jednego segmentu elektoratu, który możemy tym pojęciem opisać. Klasa średnia nie jest produktem, który z półki sklepowej mogłaby wziąć sobie do koszyka jedna partia – uzasadnia.
Czytaj więcej
Zwijanie usług publicznych pcha mieszkańców średnich miejscowości wprost w objęcia partii antysystemowych. O kształcie sceny politycznej w 2027 r....
W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Gendźwiłł zwraca uwagę na to, że satysfakcjonująca sytuacja materialna dotyczy nie tylko przedsiębiorców, ale również niektórych profesjonalistów, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej. Oprócz tego – wylicza socjolog – to reprezentujący lepiej opłacane zawody pracownicy sektora publicznego oraz nieliczni zamożni emeryci, a także rolnicy, którzy nie stanowią dziś „sektora biedy”, jak o nich myśleliśmy jeszcze w latach 90. – To nie jest takie proste, jak się wydaje, a więc że istnieje jakaś partia klasy średniej, która może tę grupę odebrać innej. Nie działa to na zasadzie ruchomego klocka, którego np. Konfederacja może wyjąć z sondażowego słupka Koalicji Obywatelskiej, jak z misternie zbudowanej wieży – podsumowuje Gendźwiłł.
Opowieść modernizacyjna Mateusza Morawieckiego się nie przyjęła. Zbigniew Ziobro ukradł duszę PiS
Osią konfliktu „maślarzy” z „harcerzami” jest również to, czy PiS ma poddać krytyce osiem lat swoich rządów i położyć akcent na sprawy światopoglądowe, czy opowiadać o swoich sukcesach i zagospodarować aspiracje Polaków, dokonując przy tym korekt programowych.
Jaką przyszłość ma więc przed sobą prawica, wybierając pierwszą opcję? – Formuła partii, która kontestuje republikę Okrągłego Stołu, wyczerpała się pomiędzy 2015 a 2019 r. Równolegle w tym czasie przygasł wyraźnie mit smoleński, stanowiący dotąd silne tożsamościowe spoiwo – mówi „Rzeczpospolitej” Sokołowski. – Po drugich zwycięskich wyborach PiS rozpoczął poszukiwania innej opowieści, czemu towarzyszyły napięcia wewnątrz koalicji. Modernizacja, którą proponował Mateusz Morawiecki, nie przyjęła się. Zabrakło nie tylko umiejętności, ale również chęci, bo Jacek Kurski nie chciał tej historii opowiadać. Była czymś obcym dla Prawa i Sprawiedliwości, bo to nigdy nie była partia reformatorów, tylko rewolucjonistów-romantyków, w jej kodzie genetycznym była silna potrzeba buntu, sprzeciwu. I dlatego po 2019 r. Zbigniew Ziobro „ukradł duszę PiS”, a partia przyjęła ostatecznie tożsamość opartą na walce o suwerenność i sprzeciw wobec Unii Europejskiej – dodaje.
Zdaniem Sokołowskiego, PiS jest dziś przekonany, że to Przemysław Czarnek reprezentuje nową prawicę, której oczekują wyborcy np. Konfederacji. Ta z kolei „operuje dość płytkimi hasłami”, bo jej elektorat na razie nie oczekuje niczego więcej.
Z kolei dr Stefan Sękowski, ekonomista i politolog z Instytutu Ekonomii i Finansów UMCS w Lublinie, przekonuje, że konflikt w PiS ma pragmatyczny wymiar, a spór o tożsamość choć zauważalny, jest jednak wtórny. – Jeśli poparcie PiS byłoby na tym samym poziomie co w sondażach teraz, oznaczałoby to utratę kilkudziesięciu mandatów. Różne grupy starają się wywalczyć dla swoich ludzi najlepsze miejsca. Jeśli PiS miałby 35 proc., Mateusz Morawiecki nie walczyłby tak mocno. Wokół niego są nie tylko najbliżsi współpracownicy byłego premiera, którzy podzielają jego centroprawicową wizję, ale również politycy zepchnięci na boczny tor, np. Ryszard Terlecki – mówi „Rzeczpospolitej”. – Mimo wszystko to, co dzieje się w PiS, ma rys poglądowy – do tej pory charakter sporów w partii miał charakter towarzysko-koteryjny. Mateusz Morawiecki jednak podkreśla, że pewna korekta kursu musi nastąpić. Czasy, w których wystarczyło, żeby Jarosław Kaczyński tupnął nogą, bezpowrotnie minęły. Ale w partii wodzowskiej nie ma przestrzeni na wewnętrzną dyskusję. W przypadku PiS najczęściej kończy się ona rozłamem: kto nie zgadza się z prezesem i podważa jego autorytet, musi odejść. To, co mogłoby się wydawać atutem PiS – spójność, zaciśnięta pięść – jest jednocześnie jego słabością. Frakcje to standardowe rozwiązanie przyjęte w zachodniej Europie, ich zakaz jest bolszewickim wymysłem – kwituje Sękowski.