Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak sprzeciw wobec infrastruktury AI wpłynął na wyniki wyborów w Stanach Zjednoczonych?
- Dlaczego inwestycje w centra danych budzą coraz większy opór społeczny w Polsce i Europie?
- Jakie są główne obawy społeczności lokalnych związane z budową potężnych serwerowni?
6 listopada o godz. 16.00 pod Sejmem zorganizowany zostanie ogólnopolski protest na rzecz regulacji sektora centrów danych w Polsce – inicjatywa ta jest częścią serii ogólnoeuropejskich manifestacji, które pod hasłem „Stop Dirty Data Centres” (z ang. zatrzymać „brudne” centra danych) odbędą się w piątek i sobotę w wielu miastach na kontynencie. Inicjatywa ma jednoczyć lokalne społeczności w walce z coraz liczniejszymi inwestycjami w potężne serwerownie.
Przykład zza oceanu pokazuje, że tego ruchu politycy nie mogą marginalizować.
Koszty lokalne, zyski globalne
Przedstawiciele „Stop Dirty Data Centres” zaznaczają, że będą korzystać z demokratycznych praw do gromadzenia się i protestowania, aby pociągnąć wybranych urzędników do odpowiedzialności. Cel? Zakaz wydawania zezwoleń na budowę takich obiektów. „Domagamy się natychmiastowego moratorium na duże centra danych w Europie” – czytamy na stronach ruchu.
W odpowiedzi w Polsce już składane są petycje w sprawie blokowania takich inwestycji. Za tą na platformie Petycjeonline.com stoi Stowarzyszenie Aktywnych Sąsiadów (SAS). Ono również weźmie udział w zgromadzeniu pod Sejmem. Tomasz Ciechomski z SAS zapewnia przy tym, że nie chodzi o powstrzymanie rozwoju technologicznego Polski, czy uderzanie w suwerenność cyfrową.
– Wręcz przeciwnie. Rozwój ten nie może dokonywać się jednak z naruszeniem zasad zrównoważonego rozwoju i kosztem społeczności lokalnych, bez analizy wpływu tych inwestycji na rozwój gospodarczy innych sektorów w danym regionie – mówi Ciechomski. – Rynek data center w Polsce, aby mógł się rozwijać, nie potrzebuje deregulacji przepisów, ale ustanowienia takich regulacji, które zniosą przyczyny protestów społecznych – kontynuuje. I dodaje: „Koszty tego rozwoju nie mogą być lokalne, a zyski globalne”.
Inicjatorem protestu pod Sejmem jest Stop Serwerowni Piaseczno, grupa mieszkańców podwarszawskiej miejscowości, której władze wydały pozwolenie na budowę gigantycznego centrum danych w odległości 35 m od najbliższego domu. Wielopiętrowy obiekt przy ul. Energetycznej ma pobierać ponad 70 MW energii elektrycznej, a zasilanie awaryjne ma zapewnić 49 agregatów prądotwórczych. Lokalna społeczność obawia się hałasu, zanieczyszczeń, dużego zużycia wody do chłodzenia serwerów, obciążenia sieci wodociągowej oraz zagrożeń związanych z planowanymi zbiornikami na 1,3 miliona litrów oleju napędowego. Mimo tak dużej wagi inwestycji dowiedzieli się o niej, gdy budowa została otoczona płotem. Teraz domagają się interwencji premiera i państwowej kontroli wydanych pozwoleń.
Mieszkańcy gminy Michałowice od czterech lat starają się zablokować podobną inwestycję planowaną pod ich domami w podwarszawskich Regułach.
Czytaj więcej
Europejskie ambicje dołączenia do wyścigu AI mogą rozbić się o ścianę lokalnych protestów. Nad Wisłą na ulice już wychodzą mieszkańcy Bielska-Białe...
Ameryka przeciwna AI
Fala protestów rozlewa się po Stanach Zjednoczonych. Tylko 20 października w ponad 50 lokalizacjach (m.in. uniwersyteckich kampusach) tysiące ludzi manifestowało, domagając się zamrożenia rozwoju AI. Dwa tygodnie później ten sam ruch pokazał swoją siłę polityczną w głosowaniu w wyborach połówkowych do Kongresu – zwyciężyli kandydaci wspierani przez przeciwników AI: Abdul El-Sayed i Will Lawrence (Michigan), czy Melat Kiros i Manny Rutinel (Kolorado). Wiele tłumaczą wyniki sondażu exit poll NBC, w którym spytano Amerykanów, jakie znaczenie dla nich przy wyborach do Kongresu miała kwestia AI i centrów danych. Okazało się, że niemal dla ponad połowy (56 proc.) był to temat kluczowy, przy czym w przypadku popierających Demokratów ów odsetek sięgał aż 64 proc. U wyborców Republikanów – tylko 34 proc. Czy zatem AI i kwestie rozbudowy infrastruktury z nią związanej stały się jednym z czynników, które mogły rozstrzygnąć o wyniku wyborów i przegranej partii Donalda Trumpa? Eksperci wskazują, że zdecydowanie tak. Przedstawiciele ruchu Irreplaceable Action Fund (IAF), który sprzeciwia się niekontrolowanemu rozwojowi sztucznej inteligencji, podkreślają, iż młodzi ludzie przystąpili do tych wyborów „z obawą przed sztuczną inteligencją, miliarderami z Big Techów, którzy ją tworzą, i obecnymi politykami, którzy ją akceptują”. W sierpniu sygnałem ostrzegawczym były badania Pew, które pokazały, iż po raz pierwszy większość dorosłych Amerykanów poniżej 30. roku życia jest bardziej zaniepokojona niż podekscytowana sztuczną inteligencją. Od 2021 r. entuzjazm ten spadł we wszystkich grupach wiekowych, ale wśród osób w wieku od 18 do 34 lat odsetek bardziej zaniepokojonych niż podekscytowanych tylko w ciągu dwóch ostatnich lat skoczył z 40 do 55 proc.
Phil Aroneanu, aktywista klimatyczny, współzałożyciel organizacji 350.org i członek IAF, mówi wprost: Wybory były trzęsieniem ziemi dla polityki AI i odpowiedzialności Big Techów. Jak napisał na platformie X, mimo ponad 700 mln dol. wydanych przez Big Techy na wsparcie kandydatów w wyborach połówkowych, Amerykanie zdecydowanie oddali głosy na kandydatów, którzy prowadzili kampanię przeciwko „tym dyrektorom, którzy zanieczyszczają nasze społeczności, odbierają nam pracę, krzywdzą nasze dzieci, inwigilują i oszukują nas”. Wylicza przy tym winnych porażki Republikanów: OpenAI, Anthropic, Google DeepMind, SpaceX, Nvidia, Microsoft i Meta. Wtóruje mu Virginie Berger z firmy Neutune, która tłumaczy, iż firmy te stworzyły oprogramowanie, którego ludzie tak bardzo nienawidzą.
– I bądźmy szczerzy, ludzie nie tylko nienawidzą AI. Nienawidzą technologicznych bossów stojących za nią. Przegrana Republikanów była po części porażką akceleracjonizmu technologicznego: „Dostosuj się albo zgiń” – zauważa.
Czytaj więcej
Wyścig AI zamienia się w największy od dekad boom infrastrukturalny. Centra danych powstają szybciej, niż Ameryka jest w stanie budować elektrownie...
Wojna z „lokalnymi złoczyńcami”
Mnożące się centra danych przyciągają coraz więcej uwagi i wpływają na politykę. Za oceanem już ponad 40 miast i mniejszych miejscowości wprowadziło moratoria lub całkowite zakazy budowy takich obiektów. Phil Aroneanu nie ma wątpliwości, że takich miejsc na mapie będzie przybywać. Jego zdaniem nie chodzi tylko o trudne sąsiedztwo. Jak twierdzi, społeczności łączą fakty i widzą problemy związane z AI w szerszym ujęciu. Jak pisze aktywista, szczególnie młodzi ludzie postrzegają budowę centrów danych, inwigilację, utratę miejsc pracy i katastroficzne wizje jako zagrożenia realne.
„Wielkie firmy technologiczne i ich prezesi decydujący o naszej przyszłości bez żadnej odpowiedzialności. Coraz częściej ludzie w całym kraju popierają zamrożenie rozwoju AI. Cieszę się, że w lutym pojawią się dziesiątki nowych członków Kongresu, którzy walczyli z Big Techami” – komentuje w mediach społecznościowych.
W badaniu przeprowadzonym w USA jeszcze przed wyborami połówkowymi (22–26 października) aż 80 proc. respondentów oznajmiło, że sztuczna inteligencja powinna być najwyższym lub ważnym priorytetem rządu, przy czym 70 proc. wyraziło swoje obawy dotyczące wpływu AI na społeczeństwo. Co ciekawe, zarówno większość wyborców Demokratów, jak i Republikanów zgodnie uważa, że dziś władze robią zbyt mało w kwestii sztucznej inteligencji.
AI staje się więc elementem politycznej rozgrywki. Jak podaje serwis Techcrunch, strumień pieniędzy od Big Techów nie dał w wyborach połówkowych oczekiwanych rezultatów, silniejsza okazała się niechęć do technologicznych gigantów. Cytowany badacz Anshi Bhatt, badacz technologii i polityki, opisuje to tak: We współczesnej polityce kreowanie „lokalnego złoczyńcy” to jeden ze sposobów na budowanie dynamiki kampanii.
Ci „lokalni złoczyńcy” mogą mieć teraz pod górkę ze swoimi potężnymi inwestycjami. Fala sprzeciwu wobec centrów danych np. w Ohio nie jest przypadkowa – to tam OpenAI rozważa budowę swojego wielkoskalowego obiektu o wartości 500 mld dol. (wspieranego przez ponad 100 mld dol. finansowania od Nvidii), tam również Meta planowała budowę obiektu o powierzchni 65 tys. m² (ostatecznie lokalne władze uchwaliły zakaz budowy centrów danych).
Polityczna kontrofensywa
Analitycy z Morgan Stanley przewidują, że demokratyczna gubernator-elekt Amy Acton mocno postawi na walkę z rozbudową centrów danych w tym stanie. Ale Ohio nie będzie jedyne, gdyż w innych stanach (m.in. w Teksasie, Maine, Michigan, Nevadzie, Georgii i Karolinie Południowej) kandydaci, którzy właśnie zdobyli mandaty, także sprzeciwiając się szybkiej rozbudowie obiektów typu data center. Jeśli dodać do tego projekt ustawy, za którym stoją senator Bernie Sanders i kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez, który zakłada ogólnokrajowe moratorium na budowę nowych centrów (do czasu aż Kongres wprowadzi rozwiązania gwarantujące, że budowa nie spowoduje wzrostu kosztów energii elektrycznej, nie zaszkodzi środowisku ani nie będzie kontynuowana bez zgody społeczności), czy tzw. GRID Savings Act, proponowany przez senatora stanu Nowy Meksyk Martina Heinricha (przepisy mające zapobiegać przerzucaniu kosztów infrastruktury sieciowej na społeczności w przypadku rozbudowy dużych centrów danych AI), widać, że Big Techy mają coraz większy problem.