Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego jedna decyzja polityczna wywołała przetasowania na rynku aplikacji nawigacyjnych?
- Jaką cenę zapłaciły największe firmy za dostosowanie się do kontrowersyjnych wytycznych administracji?
- Na czym polegała strategia, która pozwoliła mniejszej firmie obrócić presję polityczną w rynkowy sukces?
Początek niespodziewanego renesansu pioniera nawigacji internetowej nastąpił tuż po podpisaniu przez prezydenta Donalda Trumpa rozporządzenia wykonawczego. Dokument ten zobowiązał federalną służbę nazewnictwa geograficznego do wdrożenia nowej nomenklatury w ramach trwającej ofensywy handlowej Białego Domu. Na reakcję rynkowych liderów nie trzeba było długo czekać. Zarówno Mapy Google, jak i aplikacja Apple Maps szybko dostosowały swoje bazy danych do wytycznych władz.
Nagrodzony buntownik
Przedstawiciele Google tłumaczyli w oficjalnym oświadczeniu, że platforma automatycznie aktualizuje nazewnictwo na podstawie oficjalnych rejestrów rządowych, w tym amerykańskiego systemu GNIS. Ale zupełnie inną ścieżkę obrał MapQuest – firma opublikowała w serwisie X jednoznaczny komunikat: „Tradycyjna nazwa transgranicznego akwenu pozostanie w naszych usługach nienaruszona.”
Jak zauważa serwis TechCrunch, sprzeciw wobec decyzji Waszyngtonu natychmiast zamienił się w potężny impuls konsumenckiego poparcia. Użytkownicy zaczęli masowo instalować oprogramowanie, traktując to jako wyraz protestu przeciwko polityce Białego Domu oraz uległości gigantów technologicznych. Dynamika wzrostu okazała się zaskakująca, bo jeszcze 28 sierpnia aplikacja zajmowała odległą, 128. pozycję w ogólnej klasyfikacji App Store w USA. Dzień później przesunęła się na miejsce 92., by w poniedziałek 31 sierpnia wskoczyć na podium jako trzeci najpopularniejszy program i lider kategorii nawigacji. Teraz MapQuest detronizuje całą konkurencję, w tym najpopularniejsze gry mobilne, zdobywając bezwzględne pierwszeństwo w amerykańskim sklepie Apple.
Skalę zjawiska potwierdzają twarde dane analityczne. Jak wynika z szacunków firmy wywiadu rynkowego Sensor Tower, od momentu podpisania dekretu do 1 września aplikację w samych Stanach Zjednoczonych zainstalowano około 632 tys. razy. Przedstawiciele MapQuest podają jednak jeszcze wyższe liczby: łączne instalacje w USA oraz Kanadzie przekroczyły już pułap 1,5 mln.
Drugie życie legendy
Eksperci Sensor Tower zwracają uwagę na bezprecedensową anomalię statystyczną: aż 56 proc. wszystkich tegorocznych pobrań aplikacji w USA przypadło na zaledwie sześć dni (od 27 sierpnia do 1 września). W tym okresie dynamika instalacji rosła o 123 proc. dzień do dnia, osiągając wynik ponad pięćdziesięciokrotnie wyższy niż w analogicznym czasie rok wcześniej. Co istotne, nowi odbiorcy nie ograniczają się wyłącznie do manifestacyjnego pobrania programu. W korespondencji z TechCrunch Doug Berger, dyrektor generalny firmy, podkreślił, że użytkownicy wykazują wyjątkową aktywność i masowo zgłaszają błędy, sugerują nowe funkcje w mediach społecznościowych i recenzjach, a niewielki zespół deweloperów pracuje bez przerwy, by sprostać wymaganiom powracających konsumentów.
Czytaj więcej
Google zmienił wyświetlaną w swoich aplikacjach w USA nazwę jeziora Ontario na jezioro Ameryka, zgodnie z dekretem prezydenta Donalda Trumpa. Firma...
Dla MapQuest, który w latach 90. definiował rynek cyfrowych map, to powrót z marginesu historii. Spółka, kupiona w 2015 r. przez koncern Verizon wraz z pakietem AOL, od 2019 r. należy do agencji reklamy internetowej System1. Mniejsza skala działalności dała jej jednak elastyczność, jakiej brakuje korporacjom z Doliny Krzemowej. Firma konsekwentnie ignoruje presję polityczną – wciąż używa np. nazwy Zatoka Meksykańska zamiast forsowanej przez Trumpa „Zatoki Ameryka”. Co ciekawe, ostatnio udostępniła z przymrużeniem oka generator pozwalający internautom na dowolne, satyryczne nazywanie spornego jeziora.