Nadchodzi rewolucja w stylu sharing economy

123RF

Dzięki dynamicznemu rozwojowi technologii wkrótce każdy konsument będzie też producentem.

Jak wielu z was posiada wiertarkę? – to pytanie w 2010 r. Rachel Botsman, autorka bestsellerowej książki „What’s Mine Is Yours: The Rise of Collaborative Consumption” (z ang. „Co moje, to twoje: Narodziny wspólnej konsumpcji”) zadała zaskoczonym słuchaczom prestiżowej konferencji TEDx w Sydney.

Prawdopodobnie zdecydowana większość obecnych podniosła ręce. A Bostman kontynuowała: – Wiertarki będziemy używać ok. 12–15 minut w całym cyklu jej życia. To niedorzeczne – zadrwiła z zebranych.

Gdy sala wybuchła śmiechem, uciszyła ich jednym stwierdzeniem. – Jedyne, co potrzebujecie, to dziury w ścianie, a nie wiertarki. Dlaczego jej od kogoś nie wypożyczyć? Albo nie wynająć swojej innym, a przy tym zarobić? – spytała słuchaczy.

Wśród zebranych zapanowała konsternacja. A niemal siedem lat później scena z konferencji TEDx powtarzana jest przez kolejnych ewangelistów sharing economy.

W 2010 r. zjawisko dzielenia się dobrami i usługami to był dopiero rodzący się trend, w który wielu nie wierzyło. Słowa Rachel Botsman okazały się jednak prorocze i dziś uznawane są za archetyp ekonomii współdzielenia.

Współdziel i rządź

Globalna gospodarka przechodzi poważną transformację. Dynamicznie rosnące znaczenie urządzeń mobilnych i internetu sprawia, że zmieniają się modele biznesów wielu firm, prowadząc do rewolucji w poszczególnych sektorach. To właśnie w ten sposób narodziła się ekonomia współdzielenia (z ang. sharing economy), która – niczym wirus – opanowuje rynki w poszczególnych krajach i kolejne segmenty naszego życia. Stała się paliwem napędzającym start-upy, które dziś wyceniane są wyżej niż dojrzałe korporacje.

Uber, Lyft, Blablacar, TaskRabbit, Airbnb, Kickstarter czy Lending Club na naszych oczach zmieniają świat, jaki do niedawna znaliśmy. Za ich popularnością stoi wygoda i wydajność (tak uważa 83 proc. badanych przez firmę doradczą PwC), ale przede wszystkim aspekt ekonomiczny.

Aż 86 proc. Amerykanów, którzy korzystają z rozwiązań współdzielenia, twierdzi, że jest to najzwyczajniej w świecie opłacalne. Koszt posiadania jest bowiem wyższy niż koszt dostępu. Dlatego ten drugi model, będący istotą sharing economy, tak mocno zyskuje na znaczeniu. Co zresztą boleśnie odczuwają tradycyjne biznesy.

Samochód kierowany przez „zwykłego” kierowcę, zamawiany z poziomu aplikacji, czy mieszkania w dowolnym miejscu na świecie, udostępniane na wynajem online, to usługi, które podbijają świat. Fale protestów taksówkarzy przeciwko Uberowi czy wyrażane głośno przez koncerny hotelarskie obawy względem Airbnb nie pozostawiają wątpliwości – obowiązujące do tej pory na rynku reguły gry zostały całkowicie zmienione. I nie da się tego powstrzymać.

– Ekonomia współdzielenia to jeden z przejawów powszechnej cyfryzacji. Jest otwarciem ery prosumentów, co znaczy, że niemal każdy konsument może stać się producentem, wykorzystując powszechnie dostępne platformy internetowe – mówi Piotr Łuba, partner zarządzający działem doradztwa biznesowego PwC w Polsce.

Z prognoz firmy Cisco wynika, że do 2020 r. na świecie będzie siedem razy więcej urządzeń połączonych z internetem niż ludzi. – Tradycyjne firmy, aby przetrwać, muszą zweryfikować strategie, adaptując modele biznesowe do zachodzących zmian – dodaje Łuba.

Regulacje, a nie zakazy

Według PwC branża sharing economy jest już na świecie warta 15 mld dol., a w ciągu dziesięciu lat jej wartość wzrośnie do 335 mld dol. To ostrożne szacunki.

Trend wyraźnie zauważalny jest też w Polsce. Już 40 proc. z nas zna stosunkowo nowe na rodzimym rynku usługi ekonomii współdzielenia, z czego ponad 25 proc. aktywnie z nich korzysta.

Liderem sharing economy w Polsce jest Uber. Kierowcy z jego aplikacją jeżdżą w siedmiu aglomeracjach. Liczba kursów zwiększa się w tempie 20 proc. miesięcznie. Od początku 2016 r. liczba aktywnych użytkowników amerykańskiej aplikacji wzrosła o grubo ponad 70 proc.

Nic dziwnego, że – mimo pozytywnej opinii Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (stwierdził, że Uber wpływa na rozwój konkurencji, co ma pozytywne przełożenie na sytuację konsumentów) – rośnie nacisk na administrację publiczną, by ograniczyć innowacyjnego konkurenta.

Eksperci nie widzą jednak powodów, by wprowadzać zakazy. Tomasz Styś z Instytutu Sobieskiego twierdzi, że warto się raczej zastanowić, co zrobić, by rozwiązania inspirowane koncepcją sharing economy uregulować w sposób umożliwiający tworzenie synergii z zasobami gospodarki.

Pokoleniowa przepaść mentalna

Rozmowa | Marek Cynowski ekspert rynku e-commerce, doradza funduszom i start-upom

Rz: Jak wytłumaczyć rosnącą popularność ekonomii współdzielenia?

Marek Cynowski: Wynika ona z dynamicznego rozwoju nowych technologii, w tym urządzeń mobilnych, jak smartfony oraz e-commerce. Takie firmy jak Uber czy Airbnb są częścią handlu internetowego, który stał się już powszechny. Tzw. sharing economy napędza zwłaszcza pokolenie osób urodzonych już po roku 90. Nie ma u nich potrzeby posiadania domu czy samochodu, jak u rodziców, choć i ci – urodzeni w latach 70. i 80. – korzystają z rozwiązań ekonomii współdzielenia. Między pokoleniami dzieci i rodziców jest dziś ogromna przepaść mentalna. Młodzi nie mają kompleksów, nie wstydzą się, łatwo adoptują nowe trendy, są więc podatni na modele współdzielenia. Niejako wracamy w ten sposób do korzeni, gdy parę tysięcy lat temu ludzie nie mieli własności, a zamiast pieniądza dominowała wymiana barterowa.

Trudno znaleźć jednak zrozumienie dla tego trendu wśród taksówkarzy czy hotelarzy. Dla ich biznesów konkurencja Ubera czy Airbnb jest wręcz zabójcza.

Z pewnością. Czytałem kiedyś dane, z których wynikało, że każdy 1 proc. wzrostu Airbnb to 0,5 proc. realnych strat tradycyjnego rynku hotelarskiego. Nie ma co ukrywać, że na rosnącą popularność wspomnianych aplikacji wpływ mają względy ekonomiczne. Zazwyczaj oferowane przez nie usługi są tańsze niż te konkurentów rynkowych. Jednak podmioty działające w modelu sharing economy coraz częściej wygrywają również jakością i zaufaniem wśród klientów.

Coraz częściej mówi się w Polsce o konieczności uregulowania takich usług, wykraczających poza dotychczasowe ramy prawne. To słuszna koncepcja?

Wprowadzanie ograniczeń czy zakazów i tak nie przyniesie efektów. Zawsze są sposoby, żeby obejść prawo, i z pewnością pojawią się firmy, które wykorzystają luki. Według mnie odgórne interwencje mogą doprowadzić tylko do stworzenia mono- czy oligopoli. Uważam, że to nie urzędnicy, ale rynek powinien weryfikować, z jakich usług i produktów będzie korzystać.

Mogą Ci się również spodobać

Król mikrosatelitów znad Wisły

Polsko-fiński startup z branży kosmicznej tylko w tym roku planuje wynieść na orbitę cztery ...

Bank Pekao liderem nowoczesnych rozwiązań dla klientów biznesowych

Bank Pekao honoruje aż pięć wariantów podpisów dokumentacji przekazywanej przez klientów poprzez bankowość internetową. ...

Przychody Xiaomi skoczyły aż o połowę

W kwartale kończącym się 30 września przychody chińskiego producenta smartfonów wzrosły o 49,1 procent, ...

Giganci technologiczni zarabiają krocie w banalny sposób

Suma przychodów pięciu największych firm technologicznych na świecie dałaby im 19. miejsce wśród największych ...

Większość brytyjskich produkcji ma zniknąć z Netfliksa. Ale nie przez Brexit

Subskrybenci Netfliksa powinni szybko obejrzeć swoje ulubione brytyjskie filmy i seriale, ponieważ niedługo mogą ...

Chińczycy sklonują zmarłe zwierzę. I przeszczepią wspomnienia

Chińska firma Sinogene Biotechnology jako pierwsza na świecie sklonowała kota. I do tego zmarłego. ...