Z tego artykułu dowiesz się:
- Czym polska wizja semi-humanoida różni się od marketingowych narracji z Doliny Krzemowej?
- Dlaczego gąsienice, a nie nogi, okazały się kluczem do pracy polskiego robota?
- W jaki sposób technologia teleoperacji ma rozwiązywać realne problemy na froncie w Ukrainie?
Zamiast nierealistycznych obietnic o pełnej autonomii – zdalne sterowanie, zamiast dwóch nóg i niestabilności – podwozie sprawdzone w ekstremalnych warunkach terenowych. Polski start-up opracowuje robota do ewakuacji rannych pod ostrzałem, gotowego do zastępowania ludzi w najcięższych pracach fizycznych.
Koniec bajek o robotach?
– W Dolinie Krzemowej widać rozgrzany do czerwoności sentyment funduszy venture capital, które przegapiły OpenAI i teraz za wszelką cenę chcą załapać się na kolejną falę – Physical AI. Przyjęła się tam piękna, popkulturowa opowieść, że wkrótce każdy konsument postawi w domu humanoida na swoje podobieństwo. Moim zdaniem to wizja skrajnie nierealna. Konsument oczekuje niezawodności na poziomie 100 proc., a najdroższym sprzętem w naszych kuchniach pozostaje Thermomix. Nikt nie kupi do mieszkania maszyny za 100 tys. zł, która w dodatku stwarza ryzyko potknięcia się o psa czy dziecko – komentuje Patryk Szymczak, szef Si Robotics, warszawskiej spółki z branży robotycznej, która opracowuje własnego humanoida.
Jego zdaniem zupełnie inaczej wygląda to w Chinach – tam rozwój robotyki wynika z oficjalnej doktryny państwowej i widma katastrofy demograficznej. Państwo w ten sposób próbuje zastąpić brakujące ręce do pracy w fabrykach.
– Obecny wyścig na platformy dwunożne to w dużej mierze demonstracja możliwości marketingowych, a nie rachunek ekonomiczny. W Boston Dynamics po przejęciu przez Hyundaia powstało zaledwie kilka pokazowych egzemplarzy nowego, elektrycznego Atlasa – wskazuje Szymczak.
Podobnie ocenia zapowiedzi Elona Muska dotyczące Optimusa. – Tworzy on fascynujące narracje, ale dziś kończą się one na pokazach – zauważa.
Czytaj więcej
Chiński UBtech uruchomił pierwszą na świecie inteligentną fabrykę, w której to roboty humanoidalne montują maszyny własnego „gatunku”. To prawdziwa...
Według naszego rozmówcy klient przemysłowy nie kupuje wizji, lecz sprzęt, który ma się spłacić w dwa lata i zagwarantować niezawodność. Stąd, jeśli w fabrykach pojawiają się pilotażowo humanoidy, to nie na chwiejnych nogach, lecz na stabilnych kołach lub gąsienicach. I taki model opracowuje Si Robotics. Start-up stawia jednak w pierwszej kolejności na wojsko. Patryk Szymczak uważa, że sąsiedztwo z ogarniętą wojną Ukrainą stwarza gigantyczny potencjał dla technologii dual-use. Warszawski start-up kooperuje bezpośrednio z ukraińskimi jednostkami wojskowymi.
Błoto weryfikuje laboratoryjne wizje
Szymczak, absolwent informatyki oraz inżynierii kwantowej na Politechnice Wrocławskiej, który przez kilkanaście lat pracował na styku oprogramowania, elektroniki, systemów wbudowanych oraz przemysłu obronnego, wspomina, że początki firmy były skromne – zespół zakładał projektowanie wysokowydajnych silników bezszczotkowych do dronów, chcąc stworzyć europejską alternatywę dla chińskiego potentata T-Motor.
– Koncepcja Si Robotics krystalizowała się pod koniec 2024 r., a spółkę zarejestrowaliśmy formalnie w kwietniu ub. r. – wyjaśnia.
Laboratorium spółki mieści się w Warszawie, w historycznym gmachu dawnych zakładów Unitra – w surowym miejscu otoczonym przez szklane wieżowce. Założyciele to inżynierowie. Poza Szymczakiem do firmy na późniejszym etapie wszedł Patryk Paluszek, absolwent Politechniki Szczecińskiej, a za obszar transakcyjny odpowiada Tomasz Zuzaniuk, menedżer z bogatym doświadczeniem M&A w KGHM i spółkach giełdowych. Teraz do zespołu ma dołączyć kolejny ekspert, który ma na koncie miliardowe kontrakty realizowane z Agencją Uzbrojenia. Cały start-up liczy kilkanaście osób i łączy skrajnie różne kompetencje: od inżynierów mechaników, specjalistów od systemów wbudowanych, przez automatyków od sterowania napędami, po ekspertów od percepcji i Vision AI.
– To mała, polsko-ukraińska, interdyscyplinarna jednostka, która potrafi w kilka tygodni wdrożyć to, co w korporacjach zajmuje kwartały – wskazuje Szymczak.
Czytaj więcej
Tysiące osób na całym świecie dorabia, filmując codzienne obowiązki, jak zmywanie naczyń, na potrzeby trenowania humanoidalnych robotów. To może by...
Start-up opracowuje platformę Joule – to humanoid, ale nie taki z wyobrażeń z filmów science-fiction. Szef Si Robotics przyznaje, że firma musiała szybko zrewidować laboratoryjne wizje sylwetki robota.
– Nasz pierwszy prototyp był klasycznym dwunożnym robotem. Dość szybko zrozumieliśmy, że w realnych warunkach to ślepa uliczka. Ścięliśmy nogi i posadowiliśmy dwuramienny korpus na autorskiej bazie gąsienicowej. Tak powstał nasz semi-humanoid. Wyjechaliśmy nim w las, na szuter i w gęste błoto. Zajechaliśmy te gąsienice do granic możliwości, zbierając potężną dawkę twardych lekcji inżynieryjnych. Dziś wiemy, że robot ma być kompatybilny z infrastrukturą zbudowaną dla człowieka – ma dosięgnąć półki, otworzyć drzwi, podnieść ładunek – ale nie musi poruszać się jak człowiek. Gąsienica w terenie wygrywa z każdą nogą – tłumaczy nasz rozmówca.
Ambitne cele Si Robotics
Firma stawia przy tym na roboty w systemie teleoperacji. Chodzi zatem o maszyny sterowane przez ludzi lub takie, którym człowiek asystuje. Przedstawiciele warszawskiego start-upu uważają, że pełna autonomiczność AI to dziś mrzonki.
– Kolejnym krokiem, który planujemy wdrożyć, jest teleoperacja asystowana. Operator nie musi posiadać zegarmistrzowskiej precyzji. Naszym celem jest, aby operator nie musiał sterować każdym silnikiem i przegubem, lecz mógł wskazać cel, a robot samodzielnie wykonał bezpieczny, ograniczony fragment zadania. Chcemy, by obsługa takiej maszyny była możliwie intuicyjna i wymagała krótkiego szkolenia – zaznacza Szymczak.
Start-up zaczynał od finansowania pre-seed z niemieckiego funduszu Sunfish Partners. Później przeszedł przez dwie fale aniołów biznesu (pierwsza to menedżerowie z Google w Nowym Jorku, Zurychu i Londynie, zaś druga fala to inwestorzy z sektora obronnego, kosmicznego i wydobywczego). Teraz spółka przygotowuje się do zamknięcia rundy zalążkowej – celuje w 8 mln euro z kapitału venture capital (co po połączeniu z grantami i kontraktami ma dać budżet rzędu 15 mln euro na najbliższe 18 miesięcy).
– To pozwoli powiększyć zespół do 30 osób. Równolegle prowadzimy rozmowy technologiczne i biznesowe z największymi europejskimi koncernami zbrojeniowymi, azjatyckimi producentami zaawansowanych systemów wojskowych oraz nową generacją amerykańskich firm obronnych, tak zwanych defense neo-primes – komentuje prezes Si Robotics. – Uczestniczymy w rozmowach z jednym z największych amerykańskich koncernów sektora oil & gas nad programem pilotażowym na platformach wiertniczych onshore – kontynuuje. I podkreśla, że priorytetem pozostaje sektor obronny.
Czytaj więcej
Po sprzęcie telekomunikacyjnym, dronach, chipach AI Waszyngton otwiera kolejny front technologicznej wojny z Chinami. Tym razem na celowniku znalaz...
– Mamy zaplanowane intensywne tury walidacji operacyjnej w Ukrainie na kolejne kwartały. Kamieniem milowym na koniec 2027 r. będzie potwierdzenie od jednostek bojowych, że robot spełnia ich wymogi w kluczowych zadaniach – dodaje szef Si Robotics.
Plan start-upu zakłada wyprodukowanie 50 maszyn i przepracowanie co najmniej 5 tys. tzw. moto-godzin w najcięższych warunkach terenowych.