Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak precedensowy wyrok w USA może podważyć immunitet prawny technologicznych gigantów.
- Na czym polega wewnętrzny mechanizm Mety, który czerpie zyski z reklam oszustów.
- Jak polskie sądy i unijny akt DSA redefiniują odpowiedzialność platform internetowych.
- Które państwowe regulacje skutecznie wymuszają na Big Techu walkę z cyberprzestępczością.
Doświadczenia z Antypodów, które swój finał miały w kalifornijskim sądzie, mogą stać się przełomowym momentem w batalii z cyberoszustwami i biernością Mety. Początek krucjaty Andrew „Twiggy’ego” Forresta, założyciela surowcowego potentata Fortescue, uderzająco przypomina doświadczenia twórcy InPostu. W 2019 r. do Forresta zadzwonił ojciec z ostrzeżeniem – jego znajomy niemal zainwestował oszczędności życia w fałszywy projekt kryptowalutowy, który miliarder miał rzekomo zachwalać na Facebooku. Wizerunek australijskiego magnata posłużył przestępcom do stworzenia zmasowanej kampanii: zidentyfikowano ponad 28 tys. fałszywych reklam wygenerowanych przez oszustów, które wyświetlono użytkownikom platformy co najmniej 70 mln razy.
Algorytm chciwości
Forrest wyłożył z własnej kieszeni blisko 60 mln dol. na wojnę prawną z koncernem Marka Zuckerberga. Starcie z technologicznym gigantem trwało dość długo, ale właśnie nadszedł przełom. W tym miesiącu przed sądem federalnym w Kalifornii „Twiggy” mógł triumfować – sędzia P. Casey Pitts wydał kluczowe postanowienie dowodowe, uznając, że Meta dopuściła się zniszczenia lub niezabezpieczenia materiału dowodowego, w tym docelowych wersji reklam pokazywanych ofiarom. Tłumaczenia korporacji, iż odnalezienie własnych danych zajęło jej dwa lata, sędzia określił wprost jako „po prostu niewiarygodne”. A to cios w linię obrony Big Techu, bo wcześniej sąd odmówił korporacji automatycznego immunitetu z Sekcji 230 amerykańskiej ustawy Communications Decency Act, wskazując, że algorytmy targetowania i optymalizacji reklam mogły uczynić platformę współtwórcą bezprawnych treści.
Historia Forresta idealnie ilustruje problem, z którym w Polsce mierzy się Rafał Brzoska wraz z żoną Omeną Mensah. W ich sprawie prawnicy doliczyli się 263 wariantów zmanipulowanych materiałów deepfake z drastycznymi nagłówkami, a NASK raportował o bezprawnym wykorzystaniu wizerunków 121 osób publicznych w ciągu jednego roku. Mimo zabezpieczeń nakładanych przez polskie sądy i decyzji Prezesa UODO, przestępczy proceder wciąż powraca na łamy platformy. Koncern nie zatrzymuje tej machiny. Dlaczego? Odpowiedź przyniosło uhonorowane Pulitzerem śledztwo agencji Reuters, oparte na wycieku wewnętrznych dokumentów platformy. Wynika z nich, że reklamy związane ze scamem i zakazanymi towarami przynosiły korporacji ok. 16 mld dol. rocznie – blisko 10 proc. jej globalnych wpływów.
Czytaj więcej
Kolejna odsłona sporu między technologicznym gigantem a polskim milionerem – Meta w reakcji na słowa Rafała Brzoski przekonuje, że walczy z oszustw...
Wewnętrzne procedury Mety wymagały aż 95 proc. pewności algorytmu, by zablokować konto przestępcy. Poniżej tego pułapu stosowano „penalty bids” – podnoszono podejrzanym podmiotom stawki za emisję reklam, zarabiając na nich wyższą marżę. Jednocześnie wprowadzono zasadę „revenue guardrail”, gwarantującą, że koszty moderacji nie przekroczą ułamka procenta przychodów.
Australijska lekcja
W tę machinę uderzył niedawno Sąd Apelacyjny w Warszawie. W procesie Brzoski sąd orzekł, że komercyjne kierowanie reklam odbiera koncernowi status „biernego pośrednika” w ramach unijnego aktu DSA. Czy skoro determinacja Forresta stała się w Australii bezpośrednim impulsem do wdrożenia ram prawnych Scams Prevention Framework, nakładających twarde obowiązki na platformy, telekomy i banki, oraz powołania National Anti-Scam Centre (NASC), w Polsce może być podobnie?
W Australii współpraca służb i regulatorów przyniosła spektakularne efekty: w 2025 r. NASC i regulator ASIC skierowali do usunięcia niemal 12 tys. adresów URL powiązanych ze scamem (wzrost o 90 proc. r/r), a w roku finansowym 2025/26 zlikwidowano ponad 19,4 tys. fałszywych witryn (wzrost o 182 proc.). Podobny mechanizm zadziałał na Tajwanie – gdy wymóg weryfikacji tożsamości reklamodawców obniżył liczbę scamów o 96 proc. To pokazuje, że na zdanie się na dobrą wolę Big Techu w ukróceniu procederu nie ma co liczyć, gdyż dopiero skoordynowany nacisk państwa, bezwzględne przepisy antyphishingowe oraz realna groźba milionowych odszkodowań są w stanie zmienić ów korporacyjny rachunek zysków i strat.