70 proc. Polaków jest gotowych dopłacić przynajmniej 10 proc., żeby korzystać z rodzimych technologii. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez państwa. Zaskoczenie?
Byłem zaskoczony, ponieważ zakładałem, że to będzie grupa 40-30 proc. Wyniki są bardzo pozytywne. Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z deklaracjami - ludzie pewne rzeczy deklarują, a potem głosują portfelami.
Ale liczy się trend, myślę, że dosyć czytelny. Polacy chcą po prostu korzystać z polskich technologii.
Czego się obawiają w kontekście braku suwerenności technologicznej?
Przede wszystkim rzeczy namacalnych, typu odcięcie od technologii, tego, że nasze urządzenia po prostu przestaną działać. Mieliśmy trochę takich przypadków w ostatnich latach. W mniejszym stopniu obawiamy się zaszytych furtek do szpiegowania w rozwiązaniach spoza Europy, ale ciągle jest to istotne, podobnie jak ryzyko podwyższenia cen przez dostawców technologii i dominacji pozaeuropejskich platform.
Nie jest za późno? Dane mówią na przykład, że 70 proc. użytkowników w Unii korzysta z rozwiązań chmurowych będących własnością firm spoza Europy.
Oczywiście, myśmy już w dużej mierze tę suwerenność technologiczną utracili. Przyczyn jest sporo. Na przykład związana z tym, że Europa jest bogatym kontynentem, mającym nadwyżki kapitałowe. Wobec braku jednolitego rynku kapitałowego w Unii, Europa eksportuje te nadwyżki do Stanów, finansując rozwój tamtejszych firm technologicznych. A te z kolei przynoszą olbrzymie zyski i stać je, żeby zaoferować różne rozwiązania – na przykład generatywną sztuczną inteligencję - za darmo. Są statystyki, które mówią, że 80-90 proc. użytkowników nie płaci za korzystanie ze sztucznej inteligencji, a przecież obliczenia kosztują. Są też szacunki, które mówią, że firmy tworzące AI „przepalą” setki miliardy dolarów na te darmowe usługi, po to, żeby pozyskać konsumentów.
Ciężko mi to sobie wyobrazić w przypadku jakiejkolwiek polskiej firmy. To nie jest problem braku specjalistów, tych mamy, lecz właśnie braku kapitału. Mamy rozwiązania, firmy, które dysponują mocami obliczeniowymi. Tylko nie mamy potencjału finansowego, żeby masowo wjechać na rynek, tak jak kiedyś na przykład Uber w branży przewozów.
Jest na to jakaś recepta?
Trzeba wzmacniać polskie i europejskie firmy. Jednak w wielu przetargach publicznych są wręcz preferowane firmy spoza UE. Tymczasem są sposoby, żeby wzmacniać local content, czyli komponent krajowy w różnych przetargach. Zrobiliśmy analizę, jak sobie z tym radzą różne kraje. I na przykład w Brazylii lokalne rozwiązania mogą być droższe o 25 proc. od innych, ale nadal w przetargach wygrają ceną.
Tylko, że to Brazylia. Jak to przełożyć do Unii i do Polski?
To da się zrobić, trzeba tylko chcieć. Tego typu rozwiązania wcale nie musza być sprzeczne z prawem zamówień publicznych. Chociażby można liczyć ślad węglowy przy produktach ściąganych z Chin czy z Ameryki.
Kolejna rzecz. Największe gospodarki mają programy, które właśnie nakazują, jaki procent produkcji musi być wytworzony na miejscu, aby mógł podlegać pod zamówienia publiczne. Następna sprawa to brak dyskryminacji. Słynny przetarg na laptopy dla ucznia wymagał certyfikatów, których nie miał żaden polski dostawca. Co ciekawe, takich certyfikatów nikt nie wymagał gdzie indziej w Europie przy analogicznych zakupach z KPO, na przykład w Niemczech. Dzięki temu niemieckie firmy mogły wystartować w tych przetargach.
Czasami zachowujemy się dosyć naiwnie. Poprzez programy takie jak Program Operacyjny Polska Cyfrowa dofinansowaliśmy budowę sieci światłowodowych. Tylko, że nie towarzyszyły temu pieniądze na budowę własnych rozwiązań, czy prace badawczo-rozwojowe. Tym samym światłowody stały się autostradami dla big techów. Dopiero teraz w Unii toczy się ważna dyskusja, żeby te korporacje dokładały się do budowy sieci.
Czy te straty są do odrobienia?
Są. W tym roku powinno powstać biuro koordynujące w resortach politykę wdrażania open source. Czyli zamiast ogłaszać zakupy na zamknięte rozwiązania, powinno być preferencje dla open source. Tak robią Niemcy, Francuzi i inne kraje. Dalej – czy na komputerach w różnego rodzaju administracji publicznej muszą być standardowo używane amerykańskie wyszukiwarki? Spowodujmy, żeby domyślną przeglądarką na państwowych komputerach była przeglądarka czy wyszukiwarka europejska.
Oczywiście przy tym potrzebna jest koncentracja kapitału. Trzeba kontynuować to, co robi PFR czy Bank Gospodarstwa Krajowego, zwiększanie środków dla funduszy venture capital, żeby mogły inwestować w nasze rodzime startupy.
Co musi się stać, żeby to wszystko zadziałało?
Sprawa jest i prosta, i trudna. Problem polega na tym, że problemy cyfryzacyjne takie jak na przykład brak dostępu do światłowodu czy brak informatyków nie są istotne dla Polaków. Przeprowadziliśmy badania, które z problemów społecznych są dla nas ważne. Z listy 50 takich problemów te cyfrowe znalazły się w czwartej dziesiątce. To powoduje, że temat nie jest interesujący dla polityków. A na przykład w Korei Południowej prezydent w top 3 swoich priorytetów umieścił sztuczną inteligencję. U nas również potrzeba mocnego polityka-lidera, swego rodzaju sponsora w dziedzinie cyfryzacji. I oczywiście potrzeba projektów, w których istotną rolę odegrałyby rodzime firmy.