Piotr Płoszajski: Prymitywny organizm rozłożył na łopatki ludzkość z jej technologią

rp.tv

Wiek XIX był wiekiem odkryć, wiek XX – wiekiem optymalizacji i efektywności, a wiek XXI jest wiekiem maszynowej inteligencji połączonej z ludzką wyobraźnią – mówi prof. Piotr Płoszajski ze Szkoły Głównej Handlowej.

Koronawirus pokazał możliwości nowych dziedzin jak robotyka, sztuczna inteligencja, drony dostawcze itd. Czy ta epidemia paradoksalnie może być impulsem technologicznym dla świata?

Koronawirus pokazał dwie jeszcze ważniejsze rzeczy. Pierwszą z nich zwerbalizował jakiś czas temu Nassim Taleb: historia jest zdominowana nie przez to, co przewidywalne, ale przez to, co jest wysoce nieprawdopodobne – destrukcyjne, nieprzewidywalne zdarzenia – Czarne Łabędzie. Efekty wojen, kryzysów giełdowych i radykalnych innowacji technologicznych są zwielokrotniane właśnie dlatego, że zakłócają one nasze oczekiwania wobec świata jako uporządkowanego miejsca. W świecie Czarnych Łabędzi pierwszym krokiem jest zrozumienie jak dużo nie uda się nam nigdy zrozumieć. Od książki Taleba eksperci nieustannie publikowali listy potencjalnych czarnych łabędzi. Na pierwszych miejscach zawsze była właśnie pandemia.

A mimo to pandemia była dla nas zaskoczeniem. Ludzie raczej spodziewali się kolejnego kryzysu finansowego, jakiś konfliktów zbrojnych, wysokich cen ropy.

Ale właśnie o to chodzi! O losach świata (i, przyznajmy, każdego z nas indywidualnie) decydowały zwykle zdarzenia, które w świetle aktualnych przekonań „nie miały prawa się wydarzyć”! I właśnie dlatego nie jesteśmy na nie przygotowani. Każdy system nieodporny na Czarne Łabędzie kiedyś eksploduje. No więc eksplodował.

CZYTAJ TAKŻE: Aleksandra Przegalińska: Ludzie kochają AI albo się jej boją

We wspaniałej, jak to zwykle u niego, książce Richarda Dawkinsa „Opowieść przodka” jest rozdział o tym, jak pożyteczny jest „wyścig zbrojeń” w przyrodzie. Organizmy żyjące jakimś środowisku „walczą” ze sobą z pomocą ewolucji, doskonaląc się w ten sposób i powodując rozwój ekosystemu. Obecna pandemia jest właśnie przykładem takiego wyścigu. Koronawirus mobilizuje nas do tego, żeby rozwijać dzisiejsze super-technologie w zupełnie innym kierunku; nie tylko do produkcji robotów przemysłowych, ale także robienia nowych leków czy środków ochrony, nie tylko do targetowania konsumentów z pomocą big data, ale również do budowania modeli zdrowia publicznego z użyciem masowych baz danych i superkomputerów. To jest kolejna, globalna lekcja radzenia sobie z kolejnym, globalnym Czarnym Łabędziem.

Zaatakował nas natomiast organizm będący w gruncie rzeczy pojedynczą nicią RNA w otoczce z kilku białek, niezdolny do samodzielnego życia poza komórką ofiary

Nawet ryzykując posądzenie o nadmierną egzaltację nie mogę oprzeć się tezie, że lekcja ta jest też wielkim cywilizacyjnym moralitetem. My ludzie zbudowaliśmy swoją tożsamość Istot Naczelnych na niepodważalnych osiągnięciach naszego gatunku: opanowaliśmy ogień, wymyśliliśmy koło, mikroprocesory, teorię względności i fizykę kwantową, antybiotyki, Internet, sputniki i szachy, a później maszyny, które w nie grają, stworzyliśmy IX Symfonię, Monę Lisę, Thermomixa i klocki Lego. Zaatakował nas natomiast organizm będący w gruncie rzeczy pojedynczą nicią RNA w otoczce z kilku białek, niezdolny do samodzielnego życia poza komórką ofiary. Przy ludzkim genomie o długości ok. 2 m, z ponad 43-tysiącami genów, czyni go to biologicznie skrajnie prymitywnym. A jednak, powiedzmy szczerze, jego atak dosłownie rozłożył ludzkość na łopatki, z całą jej fenomenalną wiedzą, wyrafinowaną technologią i napędzaną algorytmami logistyką. Jest nadzieja, tylko że chwilowo, ale wielorakie konsekwencje na długo pozostaną katastrofalne.

Niektórzy twierdzą, że Człowiek został stworzony, aby czynić Przyrodę mu poddaną, uzasadniając w ten sposób nasze prawo do brutalnej ingerencji w środowisko. Przykład obecnej pandemii przypomina nam, być może, o naszym faktycznym miejscu w ekosystemie. I lepiej, żebyśmy o tym nie zapomnieli.

Dużo się mówi o 5G, Internecie Rzeczy, komputerach kwantowych, sztucznej inteligencji itd. Żyjemy w czasie przełomu technologicznego?

Większość tych technologii narodziła się znacznie wcześniej. Dzisiejszy, szczególny moment wynika z krzywej uczenia się. Te technologie się akumulowały, uczyliśmy się ich używać, a teraz jest moment ich wykładniczego, skonsolidowanego efektu. Teraz też będzie czas na ich nowe, nieprzewidziane wcześniej zastosowania. W Hiszpanii ostatnio używa się dronów – szlagieru technicznego XXI wieku, do nakazywania w miastach (nagranym głosem) powrót do domu ludziom, którzy nie przestrzegają kwarantanny.

Ale niektóre technologia są może rzeczywiście ważniejsze, niż inne. Kluczowa dla przyszłości cywilizacji jest np. moim zdaniem inżynieria genetyczna oparta na nowej metodzie CRISPR i jej kolejnych modyfikacjach. To nieprawdopodobna obietnica, ale i wielkie, potencjalne zagrożenie.

Co to jest CRISPR?

Inżynieria genetyczna generalnie polega na (niech specjaliści wybaczą mi prymitywizm tego wyjaśnienia) wycinaniu kawałka z genomu, który powoduje jakieś jego funkcjonalności i wkładanie w to miejsce kawałka innego genomu, który spowoduje, że nasz genom będzie miał inne, pożądane właściwości. Np. rośliny będą odporniejsze na mróz, a pacjent wyleczony z choroby genetycznej. Technologia CRISPR jest tak rewolucyjna, bo pozwala robić to wielokrotnie szybciej, taniej i precyzyjniej, niż do tej pory. Otwiera się niezwykła przestrzeń dla pozytywnych dla nas konsekwencji.

Ulepszania człowieka?

Oczywiście, pod warunkiem, że uda się nam oprzeć niezwykle silnej pokusie dowolnych „ulepszeń”. Powoduje to poważne zagrożenie, bo ingerujemy w genom, który rozwijał się przez miliardy lat. W Chinach urodziły się już pierwsze dzieci zmodyfikowane genetycznie w fazie prenatalnej, rosyjski biolog Rebrikov obiecuje następne jeszcze w tym roku, a czołowi naukowcy światowi mówią, że „nie ma sposobu na zatrzymanie go w tym zamiarze”. Nie wiemy do końca jakie będą tego konsekwencje. Jest to na tyle relatywnie łatwa technologia, że bioterroryści mogliby jej używać do robienia wirusów, potencjalnie nawet niebezpieczniejszych, niż obecny. Ale z punktu widzenia naszej przyszłości jest to zapewne jedna z najważniejszych technologii.

Przyjrzyjmy się sztucznej inteligencji, która teraz przyspiesza tworzenie leków na koronawirusa. W jakich dziedzinach jest najbardziej zaawansowana?

Używanie terminu sztuczna inteligencja jest nadużyciem. Chyba, że używamy niezwykle obszernej definicji inteligencji. W jakimś sensie termostat jest wtedy „inteligentny”. W pewnej reklamie telewizyjnej nawet proszek do prania nazywany jest inteligentnym.

To, co dziś nazywamy sztuczną inteligencją, to ciągle jeszcze tylko (aż?) umiejętność rozpoznawania wzorców w wielkich zbiorach nieustrukturowionych danych. Teraz, może to nam pomóc np. w badaniu rozprzestrzeniania się pandemii. Niekiedy również w diagnostyce medycznej. Do tej pory polegała ona na tym, że lekarz znał ileś przypadków z własnej praktyki, lub literatury i na ich podstawie ustalał chorobę i rokowania. Jeśli mamy w bazie danych opisane 100-200 tys. przypadków chorobowych, łącznie z wszystkimi wynikami badań, to tzw. sztuczna inteligencja może je porównać do kolejnej historii i ustalić diagnozę. Czy to jest jeszcze zręczna statystyka, czy już inteligencja?

Są już algorytmy, które potrafią „malować” jak znani malarze na podstawie analizy ich malarstwa. Ale czy potrafią dokonać przełomu w sztuce?

Pytanie, czym się różni ta sztuczna inteligencja od takiej, którą mają ludzie. Potrafimy abstrahować, marzyć, wymyślać coś nowego. Są już algorytmy, które potrafią „malować” jak znani malarze na podstawie analizy ich malarstwa. Ale czy potrafią dokonać przełomu w sztuce? Jeśli pracujemy nad usprawnieniem silnika spalinowego, to sztuczna inteligencja może pomóc ustalić zmiany konstrukcyjne i optymalizować parametry, ale nie podpowie, żeby raczej zrobić silnik odrzutowy.

Na razie pewnie nie, ale za 50 lat?

Oczywiście. Ale używanie tego pojęcia dzisiaj jest niebezpieczne, bo się przywiązujemy do drugiej jego części, czyli „inteligencji”. Wprawdzie „sztucznej”, ale mimo to oddajemy jej coraz więcej obszarów do samodzielnego decydowania. Np., na większości dobrych uniwersytetów światowych decyzje o przyjęciu studentów podejmowane są przez odpowiednio wytrenowane sieci neuronowe. W momencie, kiedy potrafimy wreszcie kontrolować wiele aspektów naszego przeznaczenia, zaczynamy oddawać tę kontrolę sztucznym agentom, które (jednak) nie myślą i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. To podejście schodzi na poziomy aktywności ludzkiej, na których jest absurdalne, a nawet śmieszne. Znana firma obuwia sportowego wypuściła niedawno tenisówki „sznurowane” algorytmem w smartfonie. Wielki producent porcelany łazienkowej oferuje pisuary wyposażone w laser, który „uczy” chłopców prawidłowego siusiania.

Bill Gates i Elon Musk (a przedtem Stephen Hawking) mówią ostatnio, że sztuczna inteligencja ma negatywny potencjał bomby atomowej. Ale to nie musi się tak skończyć. Dwadzieścia lat temu Kasparow przegrał z komputerem w szachy. Strasznie to przeżył. Cztery lata temu Lee Sedol przegrał w GO – nieporównanie trudniejszą grę. Ale ostatnio Kasparow powiedział, że „przebacza maszynie, która mu skopała tyłek”. Uważa bowiem, że przyszłość należy do sztucznej inteligencji współdziałającej z człowiekiem. Natomiast Lee Sedol, również ostatnio, ogłosił, że rzuca zawodowe granie w go, bo nie chce żyć na świecie, w którym komputery grają lepiej niż on. Obraził się na technologię!

Wiek XIX – był wiekiem odkryć, wiek XX – wiekiem optymalizacji i efektywności, a wiek XXI jest wiekiem maszynowej inteligencji połączonej z ludzką wyobraźnią.

Oddajemy część wolności za bezpieczeństwo? Są ogromne możliwości inwigilacyjne, np. w Chinach rozpoznawanie twarzy na ulicach. Można tam zidentyfikować momentalnie każdego człowieka, w tym przestępcę.

Według badań większość społeczeństwa chińskiego uważa, że to dobrze. Mówią, że tak jest większy porządek.

Ale tam jest inna mentalność niż w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

Tak, dla nas jest najważniejsza wolność. Dla nich ważniejsze jest żyć w porządnym kraju, w którym przestępcę łapie się natychmiast. Jak w pociągu ma być czysto, to karzą tych, którzy śmiecą. Proste.

Można to wykorzystać dla umocnienia władzy. Niekoniecznie demokratycznej.

Elon Musk też mówi, że rozpoznawanie twarzy jest strasznie negatywne. Jednak przed tym nie uciekniemy.

Nick Bostrom napisał (2015) przełomową książkę o superinteligencji, czyli takiej, która przewyższa naszą. Dwa lata temu zaproponował metaforę, że historia technologii polega na tym, iż cywilizacja wyciąga co jakiś czas z wielkiej urny białe, szare albo czarne kule. Są technologie, które są białymi kulami, niepodważalnie dla niej korzystne. Są też szare, które jak energia atomowa, mogą być używane zarówno do złych, jak i dobrych celów. Co jakiś czas natomiast, być może jesteśmy tego blisko, cywilizacja wyciągnie czarną kulę, czyli stworzy taką technologię, która ją zabije. Do tej pory, twierdzi Bostrom, taka się nie pojawiła. Chociaż do końca nie wiemy czemu społeczeństwa Majów, czy Wysp Wielkanocnych wymarły. Bezskutecznie szukamy przyczyn, a teraz możemy zwyczajnie podejrzewać wirusa.

CZYTAJ TAKŻE: Krzysztof Rybiński: Demokracja zanika i zastępuje ją algokracja

Natomiast było wiele przypadków, że cywilizacja zginęła, ponieważ inna wymyśliła jakąś technologię. Jak ludzie zaczęli dokonywać wypraw transoceanicznych, to przywozili technologie z Europy do np. Ameryki Południowej i niszczyli tamtejsze cywilizacje.

Jak pan widzi robotykę powiązaną ze sztuczną inteligencją? Na razie wykorzystujemy roboty w fabrykach. W jakim kierunku to zmierza? 

Robotyka bardzo się zmieniła przez ostatnie 20 lat, a my ciągle jesteśmy mentalnie na etapie wczorajszych robotów, które spawają karoserie na taśmach montażowych lub pracują w magazynach.

Te są najbardziej widoczne.

Ale wystarczy popatrzeć na to, co robi np. Boston Dynamics. Roboty rozwijają się w stronę wykorzystywania biologicznych wzorców. Ośmiornica, to ciekawy przykład dla robotyków. Ma 9 mózgów, jeden centralny, plus po jednym w każdej odnodze. Każda odnoga działa jak osobny organizm tak długo jak nie potrzebuje innej odnogi, żeby coś zrobić wspólnie. Wtedy kontaktują się z centralnym mózgiem.

Pojawiła się dziedzina robotyki, która bazuje na takim rozproszonym modelu sterowania, który daje nieporównanie większe możliwości. To jest przyszłość.

Jak to wszystko się przełoży na biznes? Możemy spodziewać się masowego bezrobocia, skoro wszędzie będą roboty?

Są dwie zwalczające się filozofie. Jedna mówi, że nie trzeba się przejmować, bo zawsze w historii pojawiało się niebezpieczeństwo, że maszyny zabiorą ludziom pracę. To dlatego był np. znany strajk tkaczy lyońskich przeciwko maszynom parowym napędzającym warsztaty tkackie. Zawsze się baliśmy, a potem się okazywało, że nowa technologia powodowała powstanie nowych miejsc pracy – mówi ta filozofia.

Druga strona twierdzi, że teraz jednak może tak być. I chyba ten pogląd jest mi bliższy. O ile dawniej przełomowe technologie pozbawiały prostej pracy duże grupy ludzi, to dawały im kolejną pracę, tylko trochę bardziej skomplikowaną, na którą się mogli relatywnie łatwo przekwalifikować. Jak odebrały pracę 90% rolników w Stanach Zjednoczonych w XIX w., to mogli oni przejść do fabryk i pracować przy taśmach montażowych. Problem polega na tym, że nowe technologie – sztuczna inteligencja, robotyka, drukarki 3D, algorytmy, etc. – będą pozbawiać pracy ludzi, którzy mają wysokie kwalifikacje. Aby znaleźć nowe zajęcie będą oni musieli nabyć kolejnych wysokich kwalifikacji, ale często kompletnie innych. Np. rentgenolog, lekarz, który ogląda nasze zdjęcia. Komputery już dzisiaj potrafią z 90-procentową dokładnością wykryć wczesne formy raka płuc i trzustki. Zdolny lekarz robi to w ok. 50 procentach. To samo np. z księgowymi, czy analitykami giełdowymi. Jeżeli technologia pozbawi ich pracy, to co im zaproponujemy? To jest problem. Wykładniczo będzie rósł rynek pracy dla opiekunów osób starszych, ale w tych przypadkach to nie wygląda na atrakcyjną alternatywę.

Dlaczego Polska odstaje w technologicznym wyścigu? Czemu wydajemy tak mało na innowacje i nie możemy dorobić się znanego na świecie jednorożca?

A dlaczego miałaby nie odstawać?! Innowacyjność tylko częściowo zależy od pieniędzy i PKB. Jakoś nie widać, żeby liderami technologicznego wyścigu były kraje, których PKB na osobę jest nieporównanie wyższe, niż w Polsce, np: Katar, Dania, Holandia, Australia, Kanada, Hiszpania, czy Austria. A jednym z najbardziej innowacyjnych technologicznie, z wielkim sektorem zaawansowanych start-up’ów, jest mały Izrael.

Niebezpieczne jest, że przestawiamy cywilizację na autopilota, który nie ponosi żadnej odpowiedzialności

Innowacja zwykle nie rodzi się tylko przez danie ludziom pieniędzy, ale także, a może przede wszystkim, przez tworzenie środowiska, gdzie ich idee mogą się połączyć. Nowe idee powstają głównie w sieciach – naszych mózgach i między ludźmi. Wielkie idee są ekosystemami. Najchętniej i najlepiej

poruszają się w klastrach. Wbrew powszechnemu przekonaniu Edison nie „odkrył” żarówki. Ale był geniuszem tworzenia środowiska innowacyjnego ceniącego eksperyment i akceptującego porażkę. Stworzył cały system, bez którego sama żarówka nie miała sensu: żarówka > elektrownia > sieć > licznik. Edison mówił, że jest gąbką, a nie wynalazcą.

Popatrzmy na Dolinę Krzemową. Nie powstała ona, bo ktoś to zaplanował. Z jakichś powodów to miejsce stało się w pewnym momencie atrakcyjne dla informatyków, ludzi biznesu, artystów, wolnych duchów, ale pewnie również malwersantów, cwaniaków i poszukiwaczy łatwych pieniędzy. Organicznie wyłonił się w ten sposób wielki generator nowych idei, w którym olśniewającym sukcesom towarzyszą masowe upadki, a jego niezliczone molekuły – ludzie, idee, firmy – nieustannie tworzą nowe, często zaskakujące, konfiguracje. Dolina Krzemowa to współczesny odpowiednik słynnego Montmartre w XIX wieku. To właśnie w tej biednej wtedy części Paryża, na wzgórzu, spotykali się emigranci, kiepscy i wybitni malarze, wielcy pisarze i grafomani, pewnie również ludzie z półświatka. Wielki tygiel kultur, tradycji i idei. To właśnie dzięki tym spotkaniom narodziły się tam wtedy nowe prądy w sztuce i kulturze.

Dlatego śmieszą mnie te wszystkie zapowiedzi, że ktoś, gdzieś zbuduje nową Dolinę Krzemową. O ile pamiętam, kiedyś prezydent Putin obiecał taką w Rosji i zadeklarował 2 miliardy dolarów „na koszty”. Można zbudować centrum innowacji, jakiś park technologiczny, zwieźć specjalistów, ale to nie gwarantuje, że powstanie tam jakiś wybitny pomysł na jednorożca! Najlepsze środowiska innowacyjne powstają w sposób naturalny, organiczny, pod warunkiem, że mają po temu warunki.

Można zbudować innowacyjny kraj bez pomocy państwa?

Nie, czego przykładem są m.in. wspomniane USA, Izrael, czy Chiny lub Niemcy (świetna społeczność start-up’owa w Berlinie). Ale środkiem nie może być proste rozdawnictwo pieniędzy i konkursy grantowe. Potrzebniejsze są, m.in. stabilne ustawodawstwo, prosty system podatkowy, widoczne wsparcie dla postaw przedsiębiorczych, nagradzanie profesjonalizmu, a nie serwilizmu i pomoc w tworzeniu w kraju „kultury przedsiębiorczości”. Mój osobisty guru Kevin Kelly mówi, że bogactwo w tej nowej epoce płynie wprost z innowacji, a nie optymizacji. Czyli, bogactwa nie zdobywa się dziś przez doskonalenie tego, co jest znane, ale przez niedoskonałe wykorzystywanie tego, co nieznane. Taki jest „duch” Doliny Krzemowej. Biznes dzisiaj polega bowiem na kreacji, a kreacja jest rebelią, a rebelia jest sztuką. Dzisiejszy biznes potrzebuje liderów i… rebeliantów. Ludzi, którzy kwestionują status quo, przewodzą swoim klanom i generują zmiany. Rząd musi dawać czytelne i konkretne sygnały, że takie właśnie postawy wspiera. A widać, jak trudno mu to dziś przychodzi.

Do tego wszystkiego potrzebne są zamówienia rządowe dla firm oferujących obiecujące dla rozwoju kraju technologie. Wiele przełomowych technologii, z Internetem włącznie, powstało dzięki zamówieniom, m.in. wojskowym, a potem zaczęło służyć wszystkim. Bez nich trudno jest myśleć o spektakularnych sukcesach globalnych, jak pokazują smutne losy błękitnych laserów prof. Porowskiego, czy, ostatnio, technologii produkcji grafenu autorstwa prof. Strupińskiego, którą zaprzepaszczono dokładnie w momencie, kiedy rynek na ten produkt ma szanse eksplodować.

Taka „recepta na przedsiębiorczość technologiczną” jest oczywiście trudniejsza w realizacji, niż doraźne konkursy dla wynalazców i deklaracje „zwiększenia nakładów na badania”. Wymaga zintegrowanych i konsekwentnych działań państwa. Jeśli tak się stanie, to doczekamy się polskich jednorożców.

CV

Prof. dr hab. Piotr Płoszajski, w latach 1994–2018 kierownik Katedry Teorii Zarządzania SGH. Wcześniej dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, a w latach 1993–1998 dyrektor generalny Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się wpływem technologii na modele biznesowe, transformacją cyfrową i sztuczną inteligencją. Wykładowca na kilkudziesięciu uniwersytetach zagranicznych.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Kierowcy Ubera żądają podwyżek. Korespondencja z Orlando

W USA protestowali kierowcy platform transportowych Ubera i Lyfta. Podstawowy postulat to większe zarobki. ...

Zespół startupu inStreamly z Maciejem „Sawikiem” Sawickim na czele (pierwszy z lewej) otwiera nowy rozdział w branży e-sportu

„Sawik” chce łączyć streamerów z markami

Warszawski startup robi dość nietypowy biznes, ale w oparciu o dynamicznie rosnący trend – ...

Opóźnione premiery. Dlaczego gracze muszą być tak cierpliwi?

„Cyberpunk” CD Projektu nie jest jedynym tytułem, którego premierę opóźniono. Na czas nie powstanie ...

Narkofon Escobara zabójcą Samsunga

Rodzina Escobarów znowu miesza na rynku smartfonów. Plany mają ambitne. Może nawet zbyt ambitne. ...

Najnowocześniejszy rosyjski robot okazał się człowiekiem

Podczas dorocznego forum „ProjeKTOrija” w Jarosławlu organizatorzy zaprezentowali robota „Borysa”. Rosyjskie media rozpływały się ...