Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak głośna kampania przeciwko dezinformacji wpłynęła na liczbę wniosków o usunięcie danych z sieci?
  • Czy Google zmienia podejście do usuwania treści na wniosek zwykłych internautów?
  • W jaki sposób rozwój AI i deepfake’ów demaskuje słabości obecnych przepisów o ochronie danych?

Coraz chętniej korzystamy z unijnego tzw. prawa do bycia zapomnianym. Jak wynika z najnowszych danych Transparency Report firmy Google, gigant w Europie zalewany jest wnioskami o usunięcie stron i treści z popularnej wyszukiwarki – od stycznia do połowy października spłynęło 246,6 tys. żądań o wygumkowanie 729 tys. konkretnych adresów internetowych (URL). Jak się dowiedzieliśmy, tych z Polski wciąż jest niewiele, bo 2 proc. wszystkich, ale wyraźnie się „budzimy”. Polacy wystosowali 4,8 tys. takich żądań, a to o 30 proc. więcej niż jeszcze w 2019 r.

Świadomość rośnie, Google odpuszcza

Eksperci mówią wprost: świadomość internautów rośnie, a swoje zrobił tzw. efekt Brzoski. Statystyki pokazują nagły wzrost liczby składanych wniosków od września br. Specjaliści wiążą to z głośną kampanią przeciwko deepfake'om i fałszywym reklamom. Rafał Brzoska, prezes InPostu, walcząc z Metą o blokowanie tzw. scamu, pokazał, że każdy ma swoje prawa w świecie cyfrowym.

Foto: Rzeczpospolita

Polacy od początku roku zażądali tzw. deindeksacji 16,1 tys. adresów URL. Dla porównania w całym 2024 r. było to 13,8 tys. (w całym 2025 r. ok. 23,4 tys.). Chodziło o strony, na których znajdowały się m.in. informacje o adresach i osobach. Raportowane do Brukseli statystyki Google pokazują nagły wzrost takich wniosków w ostatnich tygodniach: jeszcze w lipcu żądania dotyczyły 1159 adresów, gdy we wrześniu – 2056.

– To wyraźny sygnał, że kampanie antydeepfake, m.in. inicjowane przez Brzoskę, przynoszą efekt – mówi nam Robert Niczewski, partner Bellini Market Research, firmy analitycznej ds. ochrony reputacji i danych osobowych.

Jego zdaniem fakt, że Polacy coraz mocniej bronią swojego wizerunku w sieci to jedno, ale kolejnym efektem jest też zmiana nastawienia Google. Ekspert wskazuje, że odsetek odrzucanych przez koncern „polskich” żądań o bycie zapomnianym wyraźnie zmalał.

– Podczas gdy jeszcze w sierpniu mniej niż połowa wniosków była rozpatrywana pozytywnie, to już we wrześniu było to już przeszło 60 proc. – podkreśla.

Foto: Rzeczpospolita

Dane Google Transparency Report pokazują coś jeszcze. Sprawy dotyczące bezprawnego użycia wizerunku przedsiębiorców i osób publicznych, takich jak Rafał Brzoska, Robert Lewandowski, Monika Olejnik, choć głośne, dotyczą tylko znikomego odsetka wszystkich wniosków – ponad 90 proc. żądań to nie te odnoszące się do tuzów świata biznesu, polityków i celebrytów, ale płynące właśnie od osób prywatnych. Specjaliści zauważają przy tym, że jeszcze kilka lat temu dominowało przekonanie, iż jedyną drogą walki z nieprawdziwymi informacjami jest wieloletni proces sądowy, tymczasem – jak tłumaczy Niczewski – za pomocą opcji Google Legal Request można usuwać treści pojawiające się w największej wyszukiwarce na świecie (Google), pochodzące również z platform, jak Facebook, X czy grup dyskusyjnych (np. Reddit).

Czytaj więcej

Meta mięknie pod naciskiem Polski. Zuckerberg wprowadza zmiany nad Wisłą

Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to usuwanie treści z sieci – Google nie kasuje artykułu ani wpisu z serwera, chodzi jedynie o tzw. odlinkowanie (Google usuwa powiązanie między imieniem i nazwiskiem wnioskodawcy a danym adresem URL w europejskich wersjach wyszukiwarki).

RODO nie nadąża za AI

Ale w dobie sztucznej inteligencji to już niewystarczające działania. Robert Szustkowski, autor europejskiej inicjatywy rozszerzenia „Prawa do bycia zapomnianym” na wszystkie media jako administratorów danych, przekonuje, iż wraz z postępującym postępem technologicznym oraz popularnością chatbotów, potrzeba nowych przepisów RODO, pozwalających na ochronę reputacji również na platformach AI. Szustowski apeluje o wyposażenie obywateli UE w narzędzia umożliwiające szybką reakcję na nieprawdziwe publikacje bez konieczności wieloletnich sporów sądowych, które dziś często kończą się zbyt późno, by zapobiec szkodom wizerunkowym.

– Proponowane zmiany mają zapobiegać szerzeniu dezinformacji, budować świadomość obywateli UE o narzędziach ochrony wizerunku, bez konieczności prowadzenia długoletnich procesów sądowych – wyjaśnia Robert Szustkowski.

Dyrekcja ds. Praw Podstawowych i Praworządności, Jednostka ds. Ochrony Danych KE poinformowała już, że postulaty inicjatywy Szustkowskiego zostały włączone „do dalszych analiz w kontekście stosowania RODO w krajach członkowskich”. Sam Szustowski prowadzi też dialog w tej sprawie z Ministerstwem Sprawiedliwości, Ministerstwem Cyfryzacji oraz Urzędem Ochrony Danych Osobowych.

Wojciech Głażewski, dyrektor firmy Check Point Software Technologies w Polsce, przekonuje, że proceder się nasila i zagrożenie jest potężne.

Czytaj więcej

Google musi usunąć dane. Ludzie mają „prawo do bycia zapomnianym”

– W Polsce coraz częściej obserwujemy kampanie deepfake, które wykorzystują wizerunki znanych osób i zaufanych marek, by uwiarygodniać fałszywe reklamy i wyłudzać pieniądze. Dzięki AI tworzenie takich materiałów jest coraz łatwiejsze, a ich realizm utrudnia rozpoznanie oszustwa. Problemem są nie tylko straty finansowe ofiar, ale także naruszenie reputacji osób i firm, których wizerunek staje się narzędziem do zarabiania na zaufaniu odbiorców – zaznacza.

Eksperci uważają, że, mimo wszystko, pojedynczy internauta w starciu z Big Techem ma mniejsze szanse niż instytucje. Stąd apelują o zmiany legislacyjne i rządowe wsparcie.

– Polacy w 2026 r. oczekują od państwa aktywnego porządkowania świata cyfrowego – twierdzi dr Karolina Brylska z Laboratorium Badań Medioznawczych UW.

Nadchodzi bat z DSA

Laboratorium UW, wraz z Instytutem Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, przeprowadziło sondaż, który wykazał, że blokada konta lub usunięcie wpisu przestają być wystarczającą reakcją m.in. na internetowy hejt. Ankietowani domagają się realnych konsekwencji, również tych finansowych. Z kolei raport fundacji Digital Poland „Dezinformacja oczami Polaków” wskazuje, iż dla trzech czwartych z nas dezinformacja to poważny problem, a 79 proc. uważa, że jej skala w internecie w ciągu ostatnich pięciu lat wzrosła.

Eksperci zwracają uwagę na potrzebę regulacji zjawiska funkcjonowania algorytmów, które premiują treści skrajne (generujące zaangażowanie) oraz modeli biznesowych opartych na monetyzowaniu uwagi nastolatków. Potwierdzają to dane z raportu Google – wnioski składane w 2026 r. przez Polaków dotyczą głównie nieprawdziwych informacji w mediach i social mediach (w sumie 50 proc. zgłoszeń). O skali problemu świadczą dane DSA Transparency Database, z których wynika, iż od czasu uruchomienia systemu (wrzesień 2023 r.) platformy zgłosiły już 36 mld tzw. statements of reasons, czyli zapisów decyzji moderacyjnych, obejmujących m.in. dezaktywację dostępu do treści czy jej usunięcie.

Czytaj więcej

Rafał Brzoska: Zbieramy dowody na Metę. Grozi jej potężna kara za scam

Lekiem może być Akt o Usługach Cyfrowych (DSA). Pierwsza ustawa wdrażająca DSA w Polsce została przyjęta przez Sejm we wrześniu i wejdzie w życie na początku listopada.

– DSA może ułatwiać nakazywanie usuwania określonych treści, ale nie daje rządowi nieograniczonego prawa do cenzurowania internetu. Kluczowe jest to, kto wydaje nakaz, na jakiej podstawie prawnej i czy można go zaskarżyć – komentuje Robert Niczewski.