Prototyp z pojemnika na odpady dowodem na to, że każdy może zostać innowatorem

Mogłoby się wydawać, że proces tworzenia innowacji wymaga wiele czasu i wysiłku. To prawda, ale dzięki prototypowaniu można ten proces skutecznie skrócić, przy jednoczesnym ograniczeniu kosztów. Stworzenie prototypu pozwala bowiem przekuć pomysł w rzecz namacalną, dzięki czemu usługa błyskawicznie zostanie poddana ocenie odbiorców. Kreować prototypy można w każdym miejscu i czasie, jednak to na warsztatach kreatywnych, które często określane są mianem „innowacyjnej burzy mózgów”, istnieją ku temu odpowiednie warunki. Zatem czym dokładnie jest prototypowanie i dlaczego w mojej opinii jest kluczowe dla całego procesu tworzenia innowacji? Poniższy przykład powinien rozwiać wszelkie wątpliwości.

Design Sprint – innowacyjne warsztaty kreatywne

„Projektanci Innowacji” to jeden z ostatnich warsztatów, w jakich miałem przyjemność brać udział. Patronami zajęć były firma Google oraz Polski Fundusz Rozwoju, a cały event odbywał się w kampusie Google for Startups, mieszczącym się w stolicy. Motywem przewodnim szkolenia była strategia Design Sprint, która umożliwia szybkie i sprawne tworzenie prototypów produktów i usług. Kilkudziesięciu uczestników podzielono na małe, 5-6 osobowe drużyny, w których znalazły się osoby z całkowicie różnych branż i firm.

W tym momencie zacząłem mieć poważne wątpliwości. Czy uda nam się osiągnąć cel szkolenia w zaledwie kilka godzin i to współpracując z osobami o kompletnie odmiennym doświadczeniu, wykształceniu czy priorytetach? Grupa złożona z freelancerów, pracowników korporacji, inżynierów czy artystów brzmi jak mieszanka wybuchowa. Żeby było jeszcze ciekawej, prowadzące warsztaty zadbały również o to, aby członkowie teamów różnili się od siebie nie tylko profesjami, ale też charakterami. Jak to możliwe? Wcześniej zostaliśmy poproszeni o opisanie swoich osobowości, co zostało wykorzystane do wymieszania grup. Wszystkie chwyty dozwolone, oprócz jednego – osoby reprezentujące tą samą firmę nie mogły znaleźć się w jednej drużynie. Krótko mówiąc, przeczuwałem katastrofę.

Na rozgrzewkę trening empatii

Prowadzące z Google CSI: Lab zadbały ponadto o odpowiednie wprowadzenie do szkolenia, przygotowując dla nas warsztaty z empatii. Chodziło o ćwiczenia z aktywnego słuchania rozmówcy, na potrzeby których podzieliliśmy się w dwuosobowe teamy. Jedna osoba musiała opowiadać o sobie przez kilka minut, natomiast zadaniem drugiej było słuchanie. Nie jest to wcale takie łatwe – słuchacz nie mógł przerywać, zadawać pytań, a jego jedynym obowiązkiem było zachowanie pełnej koncentracji. Zaznaczę, że korzystanie ze smartfonów było zakazane.

Następnym etapem ćwiczenia było powtórzenie wypowiedzi partnera przez słuchacza, z przytoczeniem jak największej liczby szczegółów. Opowiadający oceniał zgodność powtórzonej wypowiedzi z prawdą, a później sam przejmował rolę aktywnego słuchacza. Co się okazało? Że słuchanie ze zrozumieniem jest o wiele trudniejsze niż myśleliśmy. Ćwiczenie z empatii miało być przygotowaniem do rozmowy z „klientem”, którym później został jeden z członków każdej drużyny. Przypomnieliśmy sobie, jak ważne jest cierpliwe słuchanie „klienta”, oraz że przewidywanie jego potrzeb na bazie własnych założeń nie powinno mieć miejsca. Każdy z nas wiedział teoretycznie, jak ważne jest słuchanie ze zrozumieniem, jednak nie każdy potrafił wcielić tę wiedzę w życie.

Ustalenie potrzeb klienta

Przejście do części praktycznej warsztatów rozpoczęliśmy od ustalenia problemu, jaki należało później rozwiązać z pomocą innowacyjnego prototypu. W naszej grupie padały różne propozycje i ostatecznie postanowiliśmy zająć się kłopotem jednej z koleżanek. Szybko zrozumieliśmy, że chociaż bardzo lubi ona zakupy online, często z nich rezygnuje z uwagi na problematyczną procedurę zwrotu. Razi ją „zabawa” w pakowanie towaru, wydruk etykiety i przede wszystkim zamawianie firmy kurierskiej,

Zorganizowanie przyjazdu kuriera jest dla niej o tyle trudne, że całe dnie przesiaduje w biurze i nie może pozwolić sobie na wizytę kuriera w czasie pracy. Z odbiorem przesyłek nie ma takiego problemu, bo trafiają one do osiedlowej portierni, ale przecież nie może zlecać nadawania paczek ochronie.

Krótka ale treściwa wypowiedź naszej „klientki” tylko utwierdziła nas w przekonaniu, jak bardzo zniechęca się do zakupu ubrań czy butów w sieci przez zawiłe procedury zwrotu. Nie da się przecież zagwarantować, że zamówiony towar zawsze będzie w dobrym rozmiarze czy kolorze. Ktoś mógłby powiedzieć, że ludzie mają poważniejsze problemy w życiu, jednak takich osób jak nasza koleżanka jest znacznie więcej, przez co wpływy ze sprzedaży internetowej mogą bardzo ucierpieć.

Od razu przeszliśmy do działania i przeprowadziliśmy wywiad z „klientką”. Podział ról wyglądał następująco: dwie osoby zadawały otwarte, nie sugerujące odpowiedzi pytania, a dwie inne osoby skrzętnie notowały wypowiedzi. Tym samym mieliśmy do dyspozycji materiał, dzięki któremu mogliśmy szybko nakreślić kierunek działania. Po wyjściu koleżanki wzięliśmy się ostro do pracy.

Burzliwa debata grupowa

Z moich wcześniejszych „szkoleniowych” doświadczeń (jeszcze w roli pracownika korpo) wynikało, że żółte karteczki podczas burzy mózgów służą tylko do zaśmiecania tablic czy ścian. Nie twierdzę, że zapisane na nich pomysły były do niczego, jednak później cały proces tworzenia innowacji grzązł w martwym punkcie. W tym przypadku byłem pozytywnie zaskoczony, bo „sticky notes” odegrały ważną rolę w procesie tworzenia innowacji.

Prowadzące warsztaty poprosiły każdą z grup o zapisanie około 50 pomysłów na karteczkach – nawet tych, które sprawiały wrażenie bezsensownych. W ostateczności wygenerowaliśmy około 40 takich pomysłów i posegregowaliśmy je na ścianie według określonego klucza, gdzie w jednym miejscu miały znajdować się takie same lub zbliżone propozycje. Później przedyskutowaliśmy te pomysły, które były nie do końca jasne lub, wręcz przeciwnie, budziły spore zainteresowanie.

Na żółtych karteczkach znalazły się najrozmaitsze koncepcje, wliczając w to drony odbierające zwracany towar od klienta, złożone aplikacje czy też kartony zdatne do ponownego użycia, w które mieli być wyposażeni kurierzy. Pomysłów było mnóstwo, ale na podstawie oddanych przez nas głosów stwierdziliśmy, że najbardziej spodobał nam się „zwrotomat”, czyli kombinacja znanego wszystkim paczkomatu z pojemnikiem na rzeczy używane.

Jak głosi znane powiedzenie: „łatwo powiedzieć, trudniej zrobić” i to właśnie idealnie określało nasze położenie. Na etapie wybierania koncepcji nie przemyśleliśmy, w jaki sposób stworzymy projekt naszego wynalazku, mając do dyspozycji jedynie kartki, sznurki, spinacze czy inne biurowe akcesoria od organizatorów. Dodatkowym utrudnieniem był ograniczony czas na wykonanie, ale wybrnęliśmy z tej niewygodnej sytuacji. Kolega-inżynier wpadł na pomysł przerobienia pojemnika na odpady (z czterema komorami), który znajdował się w sali, na „zwrotomat”. Oszczędziliśmy sobie mnóstwo pracy, mając przed oczami prawie gotowy projekt.

Demonstracja gotowego prototypu

Teraz nakreślę schemat działania „zwrotomatu”: sklep dysponujący tą formą zwrotów zobowiązuje się do oznaczania towarów kolorowymi metkami oraz kodami kreskowymi, które zawierają wszelkie informacje na temat produktu i samej transakcji. Niezadowolony z zakupu klient znajduje zwrotomat, przykłada kod do czytnika, a przypisana do danego koloru skrytka otwiera się. Klient wkłada do niej niechcianą rzecz i jest już zadowolony znacznie bardziej. Zaznaczę, że w naszym zamyśle osoba zwracająca towar nie musi go dodatkowo pakować – zrobi to kurier, po którego stronie leży również konieczność dostarczenia produktu do sklepu. Po zatrzaśnięciu komory system wysyła informację o przeprowadzonej transakcji. Myśleliśmy również o funkcji „zwrotomatu premium” dla stałych klientów, którzy natychmiastowo otrzymywaliby zwrot kosztów na konto.

Zaczęliśmy pracę nad przekształceniem pojemnika na odpady w „zwrotomat”. Do zakrycia oznaczenia frakcji odpadów użyliśmy papieru, a do oznaczenia nowych kategorii produktów wykorzystaliśmy kolorowe post-ity. Później „zorganizowaliśmy niechciany towar” (bluza kolegi), który opatrzyliśmy metką z kodem. Zademonstrowaliśmy sposób działania naszego prototypu, wcielając się w „klientkę” oraz kuriera. Po przymierzeniu bluzy niezadowolony „klient” podszedł do pojemnika na odpady, wsunął metkę pod czytnik znajdujący się na bocznej ścianie „zwrotomatu” i umieścił ubranie w jednej z pustych komór. Koleżanka bardzo pozytywnie oceniła naszą pracę.

Koncepcja „zwrotomatu” była naprawdę dobra, jednak aby spotkać się z entuzjazmem odbiorców, musiałaby zostać udoskonalona. Uświadomiliśmy sobie jednak bardzo wyraźnie, że prototypowanie pozwala nadać idei upragniony kształt i błyskawicznie przedstawić ją odbiorcy. Nieważne, że „klientką” została nasza koleżanka. Ważne jest to, że problem faktycznie istniał, mogliśmy się podjąć jego rozwiązania i przećwiczyć schemat działania towarzyszący generowaniu nowych produktów.

Jak oszczędzić czas i pieniądze? „Bawić się” prototypowaniem

Niekonwencjonalne myślenie i podejmowanie ryzyka zaowocowało stworzeniem prototypu, który zyskał uznanie w oczach innych uczestników eventu. Co ciekawe, jako jedni z ostatnich kończyliśmy burzę mózgów i wydawało się, że nie zdążymy z projektem. Prototyp zrobiony w kilka minut, i to z pojemnika na odpady, pozwolił nam wyprzedzić konkurencję z bardzo dobrym skutkiem.

Tworzenie innowacji może być szybkie, łatwe i przyjemne, bo muszę przyznać, że te warsztaty kreatywne przysporzyły mi wiele radości. Najważniejsze jednak, że przekonałem się na własnej skórze o skuteczności prototypowania, dzięki któremu można błyskawicznie zestawić oczekiwania klienta z nakreślonym wyraźnie prototypem produktu czy usługi. Na tym etapie wspomnę o aspekcie finansowym – prototypowanie pozwala uniknąć nietrafionych inwestycji w pomysły, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Moja rada jest taka: słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać klienta.

Czy partner technologiczny jest niezbędny?

Umiejętnie przeprowadzony proces tworzenia innowacji bazujący na prototypowaniu to klucz do sukcesu nowych produktów, o czym doskonale wiedzą specjaliści ze Startup Development House. Kiedy zajmowałem stanowisko Kierownika ds. Innowacji w Siemens Financial Services, gdzie jednym z przydzielonych mi zadań było stworzenie nowego produktu leasingowego, udział w szkoleniach Design Thinking i Design Sprint pozwolił nam znacznie sprawniej stworzyć strategię rozwoju innowacji, i co najważniejsze, sprawdzić odzew potencjalnych klientów przed kosztownym  wprowadzeniem produktu do sprzedaży.

Zatrudnić partnera technologicznego czy nie? Oto jest pytanie. Jednak dla mnie jedyną słuszną odpowiedzią jest: tak, jak najbardziej! Chcąc efektywnie wykorzystać potencjał metody Design Sprint, należy zdać się na wiedzę i umiejętności specjalistów z tej dziedziny. Z mojego doświadczenia, nabytego w czasie prac nad projektem Siemens SimplyLease, wynika, że Product Managerowie i Produkt Designerzy ze Startup Development House naprawdę znają się na rzeczy. Zaufaliśmy im, dlatego mogliśmy się cieszyć z gotowego produktu, który odniósł sukces na rynku.

Materiał Promocyjny 

Mogą Ci się również spodobać

Paweł Grzegorczyk: Patenty na uczelniach są pisane do szuflady

Brakuje pieniędzy na ochronę własności intelektualnej, a rektorzy bagatelizują rolę współpracy nauki z biznesem. ...

Gwiazda YouTube’a z dożywotnim zakazem gry w Fortnite’a

FaZe Jarvis, gwiazda YouTube’a i profesjonalny gracz został dożywotnio usunięty z serwerów Fortnite’a za ...

Groźba strajku w Google. Pracownicy nie chcą pracować nad ocenzurowaną wersją wyszukiwarki

Google może mieć całkiem poważne problemy w związku z projektem Dragonfly, czyli ocenzurowanej wyszukiwarki ...

Selfie z wakacji to za mało. Pomoże nowa aplikacja

Sweet Escape to indonezyjski startup, który pomaga w łączeniu klientów z fotografami. Firma w ...

Marsjański łazik NASA odkrył ślady życia. Na… Ziemii

Pojazd należący do Amerykańskiej Agencji Kosmicznej  pokazał już swoje nie lada możliwości. Łazik, który ...

Nowy król trawników: robot, który oszczędzi kwiatka

iRobot, producent autonomicznych odkurzaczy Roomba, po ich sukcesie wprowadza na rynek robota koszącego. Jest ...