Czterech astronautów z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) wróci na Ziemię 15 stycznia, znacznie przed planowanym terminem. Operacja, wymuszona nagłym pogorszeniem stanu zdrowia członka załogi, którego tożsamości NASA nie ujawnia ze względu na „tajemnicę lekarską”, ma zostać przeprowadzona przy użyciu kapsuły SpaceX Dragon. – To nie jest problem operacyjny. To nie była kontuzja powstała w trakcie działań. Chodzi przede wszystkim o kwestię medyczną w trudnych warunkach – tłumaczy dr James Polk, główny specjalista ds. zdrowia i medycyny w NASA.
Ten incydent nie jest wyjątkiem, lecz sygnałem ostrzegawczym. Pokazuje, że loty załogowe osiągnęły biologiczne granice. Diagnozowanie i leczenie skomplikowanych schorzeń w kosmosie jest niemal niemożliwe. A długotrwałe przebywanie w warunkach mikrograwitacji jest szkodliwe i mogło pogłębić problemy zdrowotne astronauty.
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna ulegnie zniszczeniu w 2030 roku
Misja na ISS trwa zwykle sześć miesięcy. Aby spowolnić proces degradacji organizmu, załoga musi poświęcać wiele godzin dziennie na uciążliwe ćwiczenia fizyczne. Przy dłuższych misjach to już działania niewystarczające. Medyczna ewakuacja z ISS może wymusić odejście od dotychczasowych konstrukcji na rzecz projektów generujących sztuczną grawitację. A takie zaczęły się już pojawiać.
Mikrograwitacja: cichy zabójca długich misji kosmicznych
Problem degradacji organizmu nie jest teoretyczny – odczuli go najwięksi pionierzy kosmosu. Choć absolutny rekord pobytu w kosmosie – 437 dni i 18 godzin – należy do Rosjanina Walerija Polakowa i pozostaje niepobity od ponad 30 lat, to najgłośniej w kontekście zmian w organizmie mówiło się o misji Scotta Kelly’ego „Year in Space” (340 dni). Kelly doświadczył drastycznych zmian, a ich skala była łatwa do oceny dzięki bratu-bliźniakowi, który pozostał na Ziemi. Po powrocie Scott skarżył się na potworne bóle stawów, obrzęki nóg i nadwrażliwość skóry. Przyznał, że jego organizm „zapomniał”, jak radzić sobie z ciężarem własnego ciała.