Redukcje zatrudnienia to pokłosie pandemii koronawirusa. Sama firma potwierdziła zwolnienie 62 osób, czyli 3 proc. wszystkich pracowników na świecie. Nikogo by to nie zdziwiło, gdyby nie sposób, w jaki cięcia zostały zrealizowane.
CZYTAJ TAKŻE: Nie tylko Revolut. Londyn stolicą fintechowych jednorożców
W artykule Wired przytoczono historię pracownicy krakowskiego oddziału. Wynika z niego, że informacja o zwolnieniu nastąpiła nagle, bez jakichkolwiek wcześniejszych sygnałów. Zatrudniona miała do wyboru dwie możliwości: zwolnienie z powodu zbyt słabych wyników lub odejście za porozumieniem stron z niewielką odprawą. Sytuacja zszokowała ją, bo dwa tygodnie przed rozmową a przełożony zapewniał ją, że jej pozycja jest niezagrożona, a jej wyniki są dobre.
Zwolniona podzieliła los około 50 osób pracujących w Polsce i Portugalii. Jednak ich odejście było dobrowolne, więc Revolut nie włączył tej statystyki do 62 pracowników, którzy stracili pracę w wyniku cięć. Krakowska siedziba jest największym oddziałem Revoluta, nawet większym od głównej siedziby w Londynie.
CZYTAJ TAKŻE: Nowy najdroższy fintechowy startup w Europie. Skąd pochodzi?
Pracownicy czują się jednak oszukani, a wymuszone odejścia tworzą dodatkowy problem. W krakowskim biurze firmy zatrudnieni są także obcokrajowcy. Brak pracy w środku pandemii w obcym kraju jest dla nich dodatkowym utrudnieniem, wynika z artykułu.
W zeszłym roku informowano także, że Revolut wykorzystywał kandydatów do pracy w dziale rozwoju biznesu i PR do zdobywania nowych klientów (musieli zakładać konta w serwisie) w celu zapewnienia sobie pracy w firmie.