Europa od kilku lat mówi o „suwerenności technologicznej”, ale rzadko dostaje produkty, które można po prostu kupić i używać na co dzień. Teraz taki symbol próbuje zbudować Jolla – na targach Mobile World Congress 2026 w Barcelonie firma pokazała Jolla Phone, reklamowany jako „europejski telefon”. To nie tylko smartfon, który może stanowić alternatywę dla chińskich, koreańskich i amerykańskich sprzętów, ale platforma mająca ograniczyć dominację iOS oraz Androida.
To telefon czy manifest?
W komunikatach Jolla podkreśla, że w trzy miesiące zebrała 10 tys. tzw. preorderów, co ma przekładać się na ponad 5 mln euro „zobowiązań zakupowych”. Przedsprzedaż startuje, choć produkcja jeszcze nie ruszyła. To świadczy o sporym zapotrzebowaniu i zainteresowaniu takim urządzeniem „Made in EU”. Produkcja Jolla Phone ma rozpocząć się w II kwartale. Co ciekawe, końcowy montaż odbywać się będzie w Salō w Finlandii, czyli w miejscu, gdzie kiedyś działały fabryki Nokii. To nieprzypadkowa narracja: w europejskiej debacie o ograniczaniu zależności od USA i Chin liczy się nie tylko technologia, lecz także łańcuch dostaw, kontrola nad oprogramowaniem i to, gdzie faktycznie „zamyka się” urządzenie.
Jolla stawia tezę, że w smartfonie najcenniejsze jest dziś oprogramowanie i że właśnie ono najmocniej uzależnia użytkownika od wielkich ekosystemów. Firma akcentuje, że kompiluje Sailfish OS z kodu źródłowego i instaluje system samodzielnie w Finlandii, co ma służyć integralności i bezpieczeństwu.
Kluczowy argument dotyczy prywatności: Sailfish OS ma nie wysyłać „danych w tle”, nie zawierać ukrytej analityki i nie wymagać konta Google do uruchomienia telefonu. Jolla dokłada też fizyczny przełącznik prywatności do wyłączania m.in. mikrofonu i kamery. To cenna opcja w czasie, gdy europejskie instytucje i firmy coraz częściej patrzą na urządzenia mobilne jak na potencjalny wektor ryzyka (także geopolitycznego).